...

* * *

Krzysiek wraca do domu o trzeciej w nocy po burzliwym wieczorze z swymi kumplami po fachu. Skrada się na palcach, ale nic mu to nie daje, bo mamusia stoi już na progu i zaczyna:

- A skądże to wracasz nicponiu. Przecież miałeś być w domu o ósmej, zaraz po meczu.

- Co ty, mamo, czy ty nie wiesz, że gdy się tak namęczymy przez dziewięćdziesiąt minut na boisku, musimy to odreagować?

- A cóż to za wymówki, nie mogłeś mnie zawiadomić wcześniej o swoich planach na wieczór? Zadzwoniłam już na policję i obstawiają teren wokół boiska, w obawie, że ktoś z kibiców przyjezdnych poturbował cię tam po meczu za strzelonego przez ciebie gola.

- Ależ mamusiu, co za pomysły? Przecież to byli kibice z Lecha Poznań, z którymi kibice Cracovii przyjaźnią się od lat.

 Wpada zdyszany policjant:

- Ależ panie Krzysiu, cieszę się, że pan cały i zdrów. Mama bała się o pana i stąd ten cały ambaras. A teraz poproszę o autograf od najsłynniejszego napastnika nasze ekstraklasy.

Uradowana mamusia częstuje policjanta kieliszkiem Johnny Walkera i wszystko kończy się happy endem.

 

Zaprezentować swojego bohatera przy pomocy detalu.

           Działo się to zaraz po wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Adam, któremu grasejowanie dodawało wiele uroku, cieszył się powodzeniem, zwłaszcza u kobiet, którym imponowało ziemiańskie pochodzenie potencjalnych kandydatów na męża, czy też choć adoratora. Miał jedną taką upatrzoną dziewczynę z sąsiedztwa, o rysach wprawdzie nieco plebejskich, acz niepozbawioną kobiecego wdzięku. Postanowił więc zaryzykować.

            - Czy mogę pani ponieść tę ciężką torbę z zakupami? - Zagrasejował z polotem. Lucyna pomyślała: On to ani chybi z hrabiów, których tu teraz we Wrocławiu od metra. Przegnali ich Ruscy ze wschodu, to się tu zaczynają urządzać. Podała mu torbę bez wahania i błysnęła zalotnie oczkiem.

- A może byśmy tak po drodze wstąpili do cukierni? - zagadnął Adam.

            Przy kawie gawędzili w coraz bardziej intymnej atmosferze. Nagle, po jakiejś odzywce Adama Lucyna wstała, porwała torbę i zaczęła biec przed siebie.

- Co się stało? - krzyknął Adam.

- Precz mi z oczu, łobuzie, oszuście, draniu! A gdzie twoje słynne „r” w uroczym słówku „najdroższa”, którym mnie chciałeś jeszcze bardziej omamić! Przyszywany hrabia, oto czymżeś jest! Won mi z oczu i to już!

Że też musiałem przeoczyć kolejne słówko z gardłowym „r” - pomyślał Adam. I tak przez takie byle co wielką miłość diabli wzięli!

 

Monolog wewnętrzny: Butelka z wodą

            Leżę sobie w spiżarni, czekając aż ktoś się zlituje i przypomni sobie wreszcie o mnie. Strasznie mi już ciąży ta moja zawartość i chciałabym się jej pozbyć. Ale wciąż wybierają inne rzeczy, a to koniak francuski, a to jesiotra w śmietanie, a ja leżę i leżę. Zaraz, ktoś się zbliża – może wreszcie na mnie kolej? Znów marmolada truskawkowa. No, ale nagle ktoś mnie chyba wyciąga, odkręca korek i jednym haustem pochłania całą moją zawartość. Co za ulga, czuję się lekko jak piórko. Wtem synek gospodarzy łapie mnie energicznym ruchem, napełnia z powrotem wodą i zaczyna podrzucać w górę, starając się złapać mnie w powietrzu. Idzie mu to całkiem nieźle, aż nagle wypadam mu z rąk i ląduję na ostrym, ustawionym na sztorc nożu. Pękam, woda się wylewa, a chwila w której to czuję, jest już moją chwilą na tej ziemi ostatnią. Adieu, ???? grazia! Tak przemija postać świata, mojego świata!

 

Śmieszne wydarzenie

            Paulina wspominała właśnie ten dzień, w którym przeżyła niemały wstrząs. Wszystko zaczęło się parę dni wcześniej, gdy spotkała na korytarzu firmy, w której pracowała, swoją koleżankę od serca Basię i powiedziała: „Wyobraź sobie, co za szczęści mnie spotkało! Groziła mi poważna operacja – usunięcie kamienia nerkowego, a tu tymczasem udało mi się go urodzić i to akurat wczoraj, w toalecie naszej firmy. Ale numer, co?” 

            Po jakimś czasie odbyły się w pracy huczne imieniny, na których było sporo gości, również z kierownictwa firmy. Podczas przyjęcia kierownik jednego za działów odezwał się w te słowa: „Muszę państwu zdradzić, że wczoraj całym wydawnictwem wstrząsnął nagle potężny huk: Paulina urodziła kamień!” Nieszczęsna delikwentka, czerwona jak burak, rozpłakała się spiorunowała wzrokiem Basię i wykrzyknęła w stronę kierownika: „Jak panu nie wstyd w ten sposób obrażać swoją współpracownicę? Cóż to za niecne wymysły pod moim adresem?” Basia zaś zmuszona była zapłacić za swoje gadulstwo utratą serdecznej, wieloletniej przyjaźni z koleżanką.

            Do roztrzęsionej Pauliny podszedł Wiesiek, jej odwieczny adorator i rzekł: „Nie płacz moja droga, niedługo postaramy się, abyś kolejnym razem urodziła coś zupełnie innego.”

 

Zbrodnia doskonała

- No co, Felek, zakopałeś ją tam porządnie w ogrodzie pod jabłonią? Nie zostawiłeś żadnych śladów?

- Spoko, Antek, nic nie widać, mucha nie siada!

- No to teraz, Felek, będę mógł wreszcie pożyć w spokoju, bez ciągłych utyskiwań, dąsów i użeraniu się o każdy grosz na drobne wydatki. Mam nadzieję, że to zbrodnia doskonała, jak w kryminałach, których tyle przewertowałem, żeby się dobrze przygotować. Wiesz, Felek, to będzie moja słodka tajemnica, którą zabiorę z sobą do grobu. No i ty także – mam nadzieję, że się nie wygadasz?

            Jasne, Antek, przecież obiecałeś mi co nieco za współudział. Spieniężymy wkrótce przedmiot o olbrzymiej wartości, który stał się teraz twoją własnością.

            Upłynęło jednak trochę czasu, a słodka tajemnica Antka stała się – o zgrozo! - tajemnicą poliszynela. Przy jednej z grządek ogrodnik natknął się na odrąbany palec kobiecy, na którym widniał pierścionek z ogromnym brylantem – istny Kohinoor!

            No cóż, nie umiał niedoszły milioner w odpowiednim czasie ściągnąć go z palca normalnym sposobem, a powinien był o tym w pierwszym rzędzie pamiętać. Quel dommage!

 

Różne punkty widzenia

            Zanim wybrzmiały ostatnie dźwięki „Marsza tureckiego” Mozarta, salę ogarnął szał! Wszyscy wstali z miejsc, a Lang Lang, kłaniając się publiczności, szykował się już do następnego bisu. „Co za fenomenalny występ, co za technika, co za uderzenie, jaki wirtuozowski rozmach!”, krzyknęła Agata. „Och, co ty gadasz, przecież to małpiarskie, rodem z Dalekiego Wschodu podejście do muzyki”, rzuciła Joanna. „Nic z tego co grają nie rozumieją ci Chińczycy czy inne Japońce, czysta imitacja nagrań geniuszów klawiatury i wkuwanie ich na pamięć!” „A ja tu słyszę brak jakiegokolwiek pojęcia o stylu wykonywanej muzyki – efekt za wszelką cenę”, wtrącił Paweł po muzykologii. „Ależ to wszystko informacje z przedwczoraj o tych Chińczykach”, szepnęła do siebie Ewa. „Jeśli nawet jest w tym część prawdy, nie dotyczy to Lang Langa – każda nuta przeżyta i stylistycznie przetrawiona w najdrobniejszym szczególe! Właśnie słuchałam go ostatnio w Mezzo – Chopin i Czajkowski najwyższej próby! Dzięki, ze jesteś, Lang Lang!”

 

Spotkanie po meczu

            W stronę boiska Cracovii zmierzała wolnym krokiem dziewczyna. Szpilki na zgrabnych nogach w prowadzały jej sylwetkę w niepewne kołysanie. Uchodziła za osobę kontrowersyjną: poglądy, obyczaje – jakby nie z tego świata… Zbliżała się już do stadionu, gdy nagle zagrzmiało, a huk był potężny. Nad niedawno odsłoniętym pomnikiem legendarnego Józefa Kałuży świeciła lampa koloru indygo. Przechodząc obok boiska przypomniał sobie opowieść mamy o tym, jak mieszkający od tej strony sędziwy szatniarz Cracovii, pan Wiecheć uratował przed okupantem sztandar klubowy, chowając go z narażeniem życia pod pierzyną. A dla odwrócenia uwagi podczas rewizji pogonił kota, który zeskoczył z parapetu i z zadartym ogonem przedefilował przez pokój. Wzruszyła się tym wspomnieniem, ale już podbiegał do niej po meczu jej chłopak, obrońca Cracovii Michał Helik. Podała mu rękę, gratulując strzelonej bramki i wręczając ogromny kosz, z którego zapachniało czereśniami i wiśniami. I poszli razem w miasto świętować pierwsze po wielu miesiącach wspaniałe zwycięstwo drużyny.