Cierpienia uczestniczki warsztatów literackich czyli… w poszukiwaniu utraconej weny

Warsztaty literackie SAGA AD 2017 zbliżają się do końca. To już przedostatnie spotkanie. Zapisuję temat zadania domowego. Wraz z dodatkowymi wyjaśnieniami „co i jak”.

Dni mijają, a felieton na temat jednego niepotrzebnego nikomu słowa zawładnął moim umysłem całkowicie. Myślę o nim w wannie i w tramwaju, w poczekalni przychodni rehabilitacyjnej i w czasie filmu „Vincent”, w czasie kazania i w kolejce do kasy supermarketu…

Po raz drugi, po raz trzeci, po raz dziesiąty studiuję zapiski z ostatnich zajęć. Jeden problem, z którym się zmagam, to treść, czyli modulant, który ma być bohaterem tekstu, drugi to forma.

Nawet jeżeli dokonam wyboru słowa, nad którym zechciałabym się pastwić, to jakże ja, prosta ekonomistka, mam – wobec dyskusji koleżanek biegłych w temacie, której z szacunkiem słuchałam w miniony poniedziałek – wiedzieć, czy to co napiszę będzie felietonem, esejem czy inną formą prozatorską?

Przecież nawet bajką lub fikcją literacką okazać może się…

Gdybym mogła chociaż na chwilę usiąść w chińskim ogrodzie – mekce literatów, malarzy, muzyków. Może jakieś olśnienie spłynęłoby i na mnie! Wszak w ogrodzie wypracowanym ręką artysty florysty na wenę twórczą długo czekać nie trzeba. W takich okolicznościach natury strofy łatwo się układają, melodie przypływają z poszumem wiatru i śpiewem ptaków, a pędzel sam przenosi na papier czy płótno wizerunek pejzażu.

Chiny daleko, za oknem szaro i mokro, widmo smogu straszy starych i młodych, a termin przesłania tekstu zbliża się wielkimi krokami.

Natchnienie nie zechciało przybyć…

W poczuciu winy, świadoma przekroczenia gabarytów oraz pełna niepokoju co do treści i formy, wysyłam naszej Mentorce tekst, który w wyniku nagłego i nieoczekiwanego zrywu twórczego napisałam dwa miesiące temu i który zalegał w moim prywatnym, wirtualnym repozytorium.

Epilog

 

A na ostatnim spotkaniu okazało się, że jednak felieton napisałam…