Lubię

Lubię, kiedy wspaniałość sytuacji zapiera mi dech w piersiach. To zdarza się nieczęsto ale według mnie życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w płucach. Kiedy za oknem szara mżawka podobno spłukuje smog do kanałów, stawy reagują bólem na nadmiar wilgoci w powietrzu, moja więdnąca z czasem pamięć podsuwa mi je we wspomnieniach.

Pamiętam widoki z wierzchołka Mont Blanc i Matterhornu i blask wschodu słońca kończący potwornie zimną noc spędzoną w kotle pod Gerlachem. Znowu czuję dym ogniska zapalonego, o wstydzie, w niewielkiej tatrzańskiej dolinie. Chcieliśmy spać w szałasie ale pomyliliśmy doliny i wobec tego całą noc spędziliśmy zakładając się czy to co błyszczy nad nami to gwiazda czy kolejna iskra.

To dawne wspomnienia. Później witałam jako córkę wybrankę mojego syna i w końcu pojawiają się najpiękniejsze chwile, kiedy pierwszy raz patrzyłam w malutkie pomarszczone buzie moich wnuków.

Jak widać nie ma tych wspomnień za dużo bo jak długo można żyć bez powietrza?