Ćwiczenie

Na kartce zrobiliśmy trzy listy. Zawody, czasowniki, miejsca. W każdej kolumnie 10 słów.
I potem wybieramy, na przykład: piąte słowo z pierwszej kolumny, drugie z drugiej, szóste z trzeciej.
I piszemy historie:
Piekarz kłamie w niebie
Hycel przędzie łóżko
I oto co wychodzi…

Teresa Cisłowska
Hycel przędzie łóżko

           Nadeszła jesień - Kraków tego chłodnego poranka wydał się mężczyźnie całkiem przyjazny. Jarek przeciągnął się na swoim przydziałowym łóżku w domu dla bezdomnych, spojrzał na Janka, zakopanego w pościeli, potem na okno i… ku swojemu zdumieniu zobaczył swoje odbicie. Za każdym razem, kiedy widział swoją twarz w szybie, przypominał sobie swój parszywy los, tę chwilę, kiedy hycel - jego rodzony ojciec trzyma rękę uniesioną nad nim, a on kuli się ze strachu przed ciosem w twarz, głowę, gdzie popadnie… Ojciec bił na odlew i zawsze bolało. A później - no właśnie, co działo się potem?

 - Syneczku, chodź do mnie, przytul się.

 - Co braciszku, znowu ci się oberwało?

         Jarek otworzył Pismo Święte, które kiedyś dostał w prezencie od ojca Efrema. Jego wzrok padł na wers: „ Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie (…)”. Bóg Ojciec, ojciec rodzony hycel, matka rodzona również hycel, los hycel… Natrętna myśl o Bogu Ojcu, który dał Jarkowi dzisiejszego poranka właśnie takie słowa do zastanowienia się nad własnym życiem. Mężczyzna pomyślał: przędę, przędzie, przędź, prządź, przędłem, prządłem, przędli, przędziony, przędzony…

 - Tak sobie myślę…

         Nadszedł czas pościelenia łóżka. Jarek poprawił jednym ruchem poduszkę, wyrównał kołdrę i nakrył brunatnym kocem swoje wyrko. Pomyślał: Hycel przędzie łóżko. Rozległ się głos, wzywający na śniadanie. Mężczyzna przywołał obraz motyla nocnego o rdzawobrunatnym ubarwieniu, którego gąsienice wytwarzają oprzędy i żerują na liściach drzew – one też przędą…

         Słychać było głos dzwonów, dobiegający z pobliskiego kościoła. Mężczyzna lubił ich dźwięk – poszczególne tony były dla niego sygnałem, iż poranek właśnie zaczął prząść początek dnia. Noclegownia znajdowała się niedaleko niezwykłego miejsca w Krakowie, gdzie chowano obok poetów królów. Stary Kazimierz, po którym przechadzali się zwykli jego mieszkańcy; jedni spieszący do pracy, już spóźnieni, bo potwór hycel czyhał za winklem historii. Jarek codziennie rano robił powtórkę z dziejów miasta, które przed trzydziestoma laty przygarnęło go w bramy średniowiecznych murów. Zgasły latarnie umarłych. Mężczyzna skierował wzrok na sąsiada przy stole. Pamiętał opowieść rakarza, Jędrka, który z apetytem zajadał biały ser ze szczypiorkiem. Teraz nie ważyłby się Jędruś łapać bezpańskie psy, bo sam jest trędowaty. O losie!

          27 lutego 1335 roku król Kazimierz Wielki powołał do życia miasto Kazimierz, przydzielając mu hojne przywileje i nadając mu swoje imię. Jarek wielokrotnie czytał dzieje miasta, fascynował się od dziecka wydarzeniami z przeszłości. Jego ojciec - zawodowy żołnierz potrafił zaszczepić mu umiłowanie kraju. To od ojca dostał pierwszą książkę z legendami krakowskimi.

 - Hojnym przywilejem, moim szczególnym uprawnieniem jest ten dom. Hycel w dalszym ciągu przędzie moje łóżko.

 -Drodzy bezdomni! - Jędrku, Wojtku, Kaziku, Mareczku - czas zacząć prząść swój własny los. Życzę wszystkim udanego dnia! Wychodzę przyjaciele na miasto. Moim nietykalnym immunitetem jest wolność! A zatem avanti!- w drogę!

         Kiedy Jarek wychodził z noclegowni, zatrzymał się na półpiętrze, aby raz jeszcze popatrzeć w zabrudzoną szybę owalnego okna. Tym razem miał zupełnie inne skojarzenie: hycel wiatr za chwilę będzie mu podwiewał cienką kurtkę, hyclom matkom, babkom, dziadkom będzie za godzinę wyliczał złoty sześćdziesiąt za obwarzanka, a jak się rozeźli- wytłumaczy z zaciśniętymi zębami, że precel to ósemka, ale tak naprawdę, kogo to miałoby obchodzić?

 - Bądź przyzwoitym człowiekiem, zachowuj dobre maniery, obracaj się w przyzwoitym towarzystwie- pobrzmiewały echem słowa babci Matyldy. Pamiętaj mój kochaniutki, praca jest przywilejem.

        Jarek pchnął drzwi, wyszedł na ulicę. Wiatr dotkliwie tkliwie przewiał go na wskroś; charakterystycznym ruchem poprawił okulary i powolnym krokiem, skulając ramiona w kołnierz granatowej skafandrówki, przeszedł na skos przez ulicę. Po drodze mijał pierwszych pacjentów, podążających na terapię rodzinną do ośrodka terapii współuzależnień. Pomyślał o ich specyficznej bezdomności. Uśmiechnął się, kiedy skonstatował fakt, że dawno temu sam był klientem, który snuł opowieść o tym, jak hycel prządł jego życie…

 - Dzień dobry pani.

 - Witam!

 - Ależ chłodny poranek!

 - Panie Jarku, jestem już spóźniony!

Dlaczego ludzie chcą, aby innym wiodło się gorzej, skąd bierze się to hyclostwo emocji? – ja, ty, nam, mnie, tobie…

 - Panie Jarku, poproszę precla z sezamem. Pozwoli pan, przeczytam panu mój ostatni wiersz.

  Mięta kołysana wiatrem

  Pochyliła płatki do ziemi

  Brzoza uciszyła liście

  Lato zastygło

 

  Siedziałam skulona

  Z zaciśniętymi słowami

  Poranionymi dłońmi

  

  Zamknęłam pamięć

Tadeusz Starzyk
Sympatyczny Pan Wiesiu

Co to było? Ciekawość, pożądanie, głupota, czy wszystko naraz? Podobam się mężczyznom, nawet mnie trochę interesują, nie należę jednak do puszczalskich. Nie powiem, bo świętą też nie jestem, czego najlepiej doświadczył Jurek, potem Staszek , a ostatnio Leszek. Pracuję na trzy zmiany w zakładach bawełnianych jako prządka. Na przędzalni rej wodzi pan Wiesiu, bardzo lubiany przez moje koleżanki z hali, dusza towarzystwa dla kumpli, wysoko notowany przez zakładową komórkę partyjną. A to jego powodzenie do tego, kim naprawdę jest ta nędzna kreatura ma się tak, jak pięść do nosa. Cały zakład zna anegdoty o jego wesołkowatości. A już jego egzamin mistrzowski może przejść do księgi humoru polskiego.

- Jakie wątki włókiennicze zawiera tekst polskiego hymnu państwowego?- Zapytał członek komisji odpowiedzialny za kontrolę wiedzy z zakresu postawy społeczno-politycznej.

- Jeszcze Polska nie zginęła, zaczął cicho recytować sobie słowa „Mazurka Dąbrowskiego”, potem niemo poruszał przez chwilę wargami.

- Mam.- Oznajmił z radosną pewnością pan Wiesiu. –Przędziem Wisłę, przędziem Wartę, będziem Polakami.

Komisja śmiała się do rozpuku i pan Wiesiu egzamin zdał.

Gdyby tylko był głupawy, to jeszcze można by ścierpieć. Za to nigdy mu nie wybaczę, że z niego taka świnia i obrzydłe bydlę. Ale cóż. Za późno się o tym dowiedziałam. Trzeba przyznać, że ten W., bo mi już pan Wiesiu przez gardło nie przejdzie, ale teraz sobie wymyśliłam, że zamiast W. będę go nazywać Wyrodkiem. A chciałam powiedzieć, że ten Wyrodek to miał złotą, no nie mogę powiedzieć rączkę, powiem wprost znał się na przędzarkach i sprawnie je naprawiał. Pracowałyśmy na akord, przeto szybka naprawa warsztatu miała dla nas znaczenie, toteż każda z nas po szybkim usunięciu awarii miała mu za co dziękować.

-Czym się odwdzięczę? - Pytała Agata Wyrodka po naprawieniu jej maszyny.

- Ciepłe nóżki cztery razy po dwa razy - odpowiadał i klepnął ją w pośladki.

Ona chichotała i dziwiłam się, że ją bawi takie prostactwo. To samo się przydarzyło Grażynie. I też się dziwiłam, że ją to bawi. Kiedy Hance nawaliła przędzarka i znowu były nóżki cztery razy i klepanie, też się dziwiłam jej chichotom. Ale jak to mówią, kobieta zmienną jest i zapragnęłam, żeby mi powiedział ciepłe nóżki cztery razy po dwa razy i mnie klepnął. Ale maszyna mi się nie psuła, jako że zwykłam pracować bezawaryjnie. Jakże musiałam być zaślepiona w tym pragnieniu Wyrodka, skoro tak pokierowałam nicią, aby ta zadławiła szpule przędzarki. Poprosiłam Wyrodka, naprawił, podziękowałam i nic. Ani nie było o ciepłych nóżkach, ani klepnięcia. Poczułam się jakby upokorzona, niespełniona, o niczym innym nie myślałam, tak jakby od klepnięcia Wyrodka zależało zbawienie świata.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Spakowałam do torebki cztery puszki żywca i poszłam do domu Wyrodka. Zapukałam i cisza. Nacisnęłam lekko klamkę i otwarły się drzwi wejściowe. Przez uchylone drzwi weszłam do zalatującej duszną dziwną wonią kuchni. A to, co zobaczyłam o mało mnie nie zwaliło z nóg. Na podłodze leżał nieżywy kundel , obok niego młotek ze śladami krwi. Na żelaznym łóżku rozłożona była psia skóra, srebrzysta sierść z czarnymi plamkami, no wypisz, wymaluj Żabka, suczka, z powodu zaginięcia której kilka dni przedtem płakała Lucynka, córka sąsiadki. A więc to tak. Ten sympatyczny pan Wiesiu to nie tylko hycel, ale morderca i zaraz. Co tu jest na tym piecu? Chryste Panie, na patelni smażyło się psie sadło. Nasz majster sadysta bawi się w znachora. No nie. To już przechodzi ludzkie pojęcie. W rondlu dusiła się psina. I one całowały się z tym oślizłym typem? I pozwoliły się dotykać? Tfu! Zresztą, dobrze im tak.

Urszula Ciesielska-Chmielewska
Hycel

           Szedł hycel drogą przez las i na smyczach prowadził siedem psów różnej rasy. Doznawał sadystycznej radości, bo wkrótce zanurzy swój hyclowski nóż w…!

Nagle potknął się o wystający konar i sadystyczna radość stanęła mu ością w gardle,

- Na psa urok. Zgiń, przepadnij ościo przeklęta.

- Hau, hau, hau – psy szczekały ostrzegawczo.

- O, bestie- hycel wytężył siły i skrócił długość smyczy. – Ja wam pokażę, kto tu rządzi.

- Rządzi, rządzi, rządzi – hyclowi wydawało się, że psy oszczekują jego myśli i przesyłają sobie sygnały.

Ale dalej szli: hycel i psy.

Aż nagle las zaśpiewał: „U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki

przędą sobie przędą jedwabne niteczki

kręć się, kręć wrzecio…”

Psy gwałtownie szarpnęły smyczą i pędem puściły się ku niespodziewanie odzyskanej wolności. A hycel – przerażony – zemdlał. Obudził się w kaftanie bezpieczeństwa na okratowanym łóżku.

- Czy to jawa czy sen? – zaszemrało mu w głowie.

- Sen, sen, sen, jawa, sen, jawa, sen – szczekało mu w mózgu.

- Nie każdemu hyclowi Burek, nie Burak – wrzasnął ni w pięć ni w dziewięć.

- A pies mu mordę lizał – zdenerwował się narrator. Ale drodzy czytelnicy, nie wieszajcie na nim psów. Na hyclu oczywiście. Hycel jak hycel. Z jakiegoś powodu jest hyclem. 50% to geny – ojciec hycel, matka hyclowa i 50% środowisko hyclowskie.

A pies z nim tańcował.

Ale to jeszcze nie koniec.

Hycel zaskoczył wszystkich. Napisał opowiadanie „O hyclu, co psom szył buty”.

Jolanta Mirecka
Trójkąt

Nie było go w domu już ponad miesiąc.

Ewa powoli traciła nadzieje, że uda się go odszukać. Wszyscy dokoła sądzili, że jej rozpacz sięgnęła już dna, a jednak z każdą chwilą było coraz gorzej i gorzej.

Zawiodły wszystkie nadzieje.

Pierwszego dnia Ewa, jak każdy uczciwy obywatel, zgłosiła zaginięcie na policję.

Dziesiątki policjantów wyposażonych w najnowsze wynalazki przeszukiwało okolice. Nurkowie niestrudzenie penetrowali dno pobliskiego jeziora. Na brzegu piętrzyły się stosy wydobytych z topieli przedmiotów. Burmistrz miasta szukał odpowiedniego lokalu na otwarcie jedynego w świecie muzeum – „Skarby z naszego jeziora”. Złomiarze zacierali ręce i pośpiesznie wywozili zardzewiałe pralki, lodówki i wszystko inne, co tylko dało się spieniężyć.

Ale jego wśród tych skarbów nie było.

Sprowadzono specjalistów z wyszkolonymi psami. Każdy z tych psów to tropiciel z certyfikatem, potrafiący wywęszyć parówkę zamkniętą w słoiku z odległości kilometra.

I nic.

Żaden nie trafił na ślad.

Ewa porozwieszała ogłoszenia na każdym słupie, na każdym drzewie.

W radiu i w telewizji co godzinę nadawano komunikat o zaginięciu, a w TVN całą dobę czerwonymi literami podawano rosnącą wciąż kwotę nagrody.

I nic.

Zawiodły wszelkie konwencjonalne środki poszukiwań.

W końcu Ewa zdecydowała się na ostateczność. Poszła do słynnej wróżki Cecylii.

Słynna Cecylia zaciągnęła się podejrzanie pachnącym skrętem. Potrząsnęła dzwoneczkami wplecionymi w czarne, długie, skołtunione włosy. Wyjęła z wersalki magiczną, szklaną kulę. Wymamrotała zawiłe zaklęcia w nikomu nie znanym języku i ścisnęła kulę wypielęgnowanymi dłońmi tak mocno, że posypały się iskry z pomalowanych na czarno tipsów. Popatrzyła przenikliwym i ochrypłym głosem zaskrzeczała hycel – dziergać – łóżko po czym zapadła w długi narkotyczny sen.

Matko ty moja! Jak ja to mam pożenić? Tego hycla z dzierganiem i z łóżkiem?

Czy hycel dzierga w łóżku? Czy może ktoś w łóżku wydziergał hycla. A może odwrotnie, to łóżko dzierga na hyclu?

Ewa kombinowała w każdą stronę i nie mogła znaleźć klucza do zagadki.

Zgnębiona powlokła się do domu. Stała właśnie pośrodku trzech krzyżujących się ulic, gdy nagle jak piorun z jasnego nieba spłynęło na nią olśnienie. Na narożnych kamienicach przymocowane były trzy ogromne, kolorowe szyldy.

ŁÓŻKA – komfort spania

DZIERGANIE – niciane koronki

HYCEL – szybko, sprawnie, bezboleśnie, anonimowo.

Trójkąt. Jej tajemniczy trójkąt!

Tylko gdzie? Tylko jak? Gdzie jest magiczny portal do przechodzenia w inny wymiar?

Ewa niczym myśliwski pies obejrzała, obwąchała, obstukała każdy kamień i każdą cegłę.

Przecież gdzieś to, do licha, musi tu być. Ze złości kopnęła w rynnę.

Zaszumiała, zagwizdało, zabulgotało i z rynny wychylił się - Portal.

Był niewielki. Tak na oko ze trzy centymetry wzrostu. Błękitne oczka, uroczo wywinięte rzęsy, dołeczki w policzkach i długie jasne, splecione w warkoczyki włosy.

Witaj piękna. Dygnął wdzięcznie i wyciągnął śliczną łapkę w stronę Ewy. Czy masz ochotę na wycieczkę ze mną? Pokaże ci inny wymiar. Chodź maleńka, nie ociągaj się. Ze mną znajdziesz to, co zgubiłaś i czego z innym nie znajdziesz.

Prześliczny Portal kusił i wabił, mrużył oczy, trzepotał rzęsami, przymilał się i zachęcał. Ale Ewa, zatwardziała realistka, nie dała się na to nabrać.

Ty mała, podstępna gadzino! Ty wrzodzie jeden! Nigdzie z tobą nie pójdę! Oddaj mi to co zabrałeś! Mam gdzieś twoje inne wymiary!

Schyliła się i dwoma palcami złapała Portala za nos.

Oddawaj! Mówię ci! Oddawaj! Natychmiast oddaj! Bo ukręcę ci nos!

No dobra, dobra - wysapał Portal, który pewny swojego zniewalającego uroku, nie spodziewał się tak brutalnej napaści.

W porząsiu, już ci oddaję co twoje.

Obrażony schylił się i pogmerał w innych wymiarach. Po chwili wyciągnął mało używane, wymięte, zaniedbane, szare bezkształtne coś.

Masz. Jest twój. Ale zacznij go w końcu używać zgodnie z przeznaczeniem, bo wrócę, zabiorę i nigdy nie oddam – postraszył, potarł łapką obolały nos i zniknął.

Uszczęśliwiona Ewa chwyciła go w ramiona i pognała do domu.

Położyła na kanapie. Długo tuliła i całowała.

Mój kochany, mój jedyny. Tak bardzo za tobą tęskniłam. Już nigdy, przenigdy nie rozstanę się z tobą – szeptała w brudne uszko. Potem delikatnie umyła, czesała, leciutko rozprostowała, a wtedy on sennie wyciągnął do niej delikatne rączyny i wtulił się w nią jak mały kociak.

Tak to naprawdę był on.

Jej jedyny, jej ukochany jej wytęskniony - ROZUM.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
3 + 6 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.