Cześć kochana! Co u ciebie? Jesteś w domu? - telefon od mojej najlepszej przyjaciółki wyrwał mnie ze snu.
Nie! Nie ma mnie! Nie ma i nie będzie! Wyjechałam! Nie żyję! - wychrypiałam zaspanym głosem.
To cudownie. Będę za jakieś pół godziny. Ratunku!!! Mam doła. Musisz mi pomóc bo w łeb sobie strzelą. Zerwałam z nim - zaszlochała. W normalnym związku trzeba czasami porozmawiać! A z nim? Tylko samochody, pieniądze, interesy! Głupoty jakieś! Rozumiesz... i przerwała połączenie.
Rozumiałam.
Powlokłam się do kuchni. Moja najlepsza przyjaciółka jest zawsze głodna, a kiedy ma tego swojego doła w zasadzie je cały czas. Odgrzałam wczorajszą zupę, odsmażyłam kartofelki, pokroiłam wiejską kiełbaskę, dołożyłam słoik ogórków konserwowych. Niech ma. Ze sprzątaniem dałam sobie spokój – nie taki bałagan przeżyłyśmy razem.
Wpadła jak burza.
… on o jednym a ja o drugim. Nie rozumie mnie! Nie rozumie! No to rzuciłam w końcu dziada! Głodna jestem! Masz może coś przypadkiem?
Przypadkiem miałam.
Moja najlepsza przyjaciółka popatrzyła z rozrzewnieniem na pachnącą czosnkiem kiełbasę – ech pamiętasz tamtą kiełbasę? Ale byłyśmy wtedy dzielne. Prawdziwe bohaterki! A wracając do mojego byłego...
Jasne że pamiętam. Moja najlepsza przyjaciółka wyjadała palcami z patelni przypieczone kartofelki, zagryzała kiełbasą i rozwodziła się nad przywarami byłego, a ja pogrążyłam się we wspomnieniach...
Ja i ona w czerwonym samochodzie a w bagażniku on. Podjechałyśmy pod dom i kiedy w końcu udało nam się wytaskać jego bezwładne ciało z samochodu i zawlec do kuchni, miałam kompletnie dość.
Nie ruszał się. Łypnął tylko z wyrzutem przekrwionym okiem i milczał. Wytarłam okrwawione ręce i przerażonym głosem wyszeptałam do mojej najlepszej przyjaciółki:
może chociaż urżniemy mu głowę? No nie mogę, kiedy tak gapi się na mnie.
Przyjaciółka wbiła w deskę dwa ostre jak brzytwa noże.
Nie gadaj! Rozbieraj go! Łeb utniemy mu potem.
Szturchnęła mnie w bok.
No rusz że się wreszcie. Wybieraj. Większy czy mniejszy?
Żeby chociaż dała siekierę. Z dużo większym narzędziem zbrodni czuła bym się zdecydowanie lepiej. Zdesperowana chwyciłam wielki, zakrzywiony majcher i niczym bogini zemsty czekałam na dalsze instrukcje.
Do roboty! Do roboty! – podśpiewywała moja najlepsza przyjaciółka. Ostrzyła ostry do granic możliwości nóż i spoglądała na mnie spod rudej grzywy. W oczach miała jakiś dziwny błysk.
Najpierw odetniemy mu nogi, a potem pobawimy się zresztą – zasyczała jak wąż, a mnie ciarki przeszły przez skórę.
Powtórnie spojrzałam w martwe ślepia i stwierdziłam, że na trzeźwo za nic w świecie tego nie zrobię. A zrobić muszę. I to szybko. Upał taki. Zaraz zacznie się psuć.
Wyciągnęłam z lodówki butelkę ginu i tonik (nie żeby zaraz pić. Tak tylko. Profilaktycznie. Przeciwko malarii) i po drugiej szklaneczce poczułam, że mogę zaczynać.
Wbrew temu, co radziła moja najlepsza przyjaciółka, najpierw z ogromną satysfakcją odrąbałam mu ten wredny łeb.
Łup! Głucho walnął o ziemię. Zawinęłam go w plastikowy worek i upchnęłam pod zlewozmywakiem. Wrażliwa jestem taka, delikatna. Nie mogłam znieść jak patrzył z takim śmiertelnym wyrzutem.
Po kolejnej szklaneczce (zdrowie najważniejsze. Malaria to śmiertelna choroba) poczułam jedność z nożem. Sprawnie odcięłam mu nogi i poklepałam z czułością po muskularnym ramieniu. Z boków śmiesznie sterczały kikuty odciętych kończyn. Miał zaskakująco aksamitną skórę.
Ciekawe czy stosuje jakieś kremy? – głupio i bez sensu przemknęło mi przez głowę.
Zgrabnie dobrałam się do schabu i poćwiartowałam resztę. (Dolałam do szklaneczek. Wszak statystyki mówią, że na malarię mózgową umiera 80% chorych, a gin z tonikiem to takie skuteczne lekarstwo)
Uf! I po robocie. Mamy tą świnię z głowy. Z obrzydzeniem popatrzyłam na zdemolowaną kuchnię. Wszędzie stały miski napełnione czerwonym mięsem. Rozlałam resztki ginu do kryształowych szklaneczek (w koloniach Anglicy bez przerwy sączyli gin z tonikiem i dzięki temu nie chorowali, tylko czy dziś w toniku jest chinina?) poupychałam poćwiartowane zwłoki do lodówki i przystąpiłam do usuwania śladów zbrodni. Byłam z siebie dumna. Tego dnia byłam prawdziwym bohaterem! W końcu po raz pierwszy w życiu ćwiartowałam świniaka. No i w dodatku zapobiegłam malarii.
Następnego dnia przy nowej butelce ginu przystąpiłyśmy do robienia kiełbasy i peklowania szynek. Na trzeźwo nie dałybyśmy rady babrać się w tym mięsiwie i jeszcze napełniać farszem - fuj! - jakiegoś jelita.
Ale walcząc z malarią, a może nawet z cholerą byłyśmy zdolne do każdego bohaterskiego czynu.
Tak. Pamiętam tamtą kiełbasę. Tamten smak, wędzenie, próbowanie …
… a w dodatku chrapie! Chrapie jak lokomotywa. Wyobrażasz sobie? Ja tu śnię o księciu z bajki a on chrapie. Ordynarnie, wrednie chrapie! A pamiętasz – najlepsza przyjaciółka wyjadała łyżką zupę z gara – jak uratowałaś nam życie rosołem? O czym to ja ? A, no i tak co noc, chapie, rzęzi, sapie. Cały romantyzm diabli biorą ….
Wiedziałam, że do końca zupy będzie rozpamiętywać upojne noce z byłym, więc znowu pogrążyłam się we wspomnieniach o tym, jak za sprawą rosołu zastałam bohaterem dnia.
Długoterminowe prognozy pogody mówiły, że w najbliższym tygodniu będzie słońce i tylko słońce. Spakowaliśmy dzieci własne i cudze do samochodów i pojechaliśmy na biwak do buszu. (mieszkaliśmy wtedy w Afryce Południowej). Pełna natura, dzicz, zero cywilizacji. Zostawiliśmy samochody na farmie i po całodziennej wędrówce rozbiliśmy obóz. Siedząc przy ognisku rozkoszowaliśmy się cudowną, afrykańską nocą. Bladym świtem wyruszyliśmy na wyprawę. Całe zapasy zostały w szczelnie zasznurowanym namiocie. Po przejściu jakiegoś kilometra maja najlepsza przyjaciółka zorientowała się, że zapomniała kapelusza - bo wiecie ja bez kapelusza nie przetrwa, migreny dostanę, nos mi się opali, no i głupio tak jakoś będę wyglądać. Damą w końcu jestem a to zobowiązuje – odwróciła się na pięcie i tyle ją widzieliśmy. Życie w buszu ma swoje prawa, toczy się zdecydowanie wolniej, więc bez słowa sprzeciwu położyliśmy się w cieniu akacji i oganiając się od much, zapadliśmy w letarg. Wróciła w „mgnieniu oka” i podjęła monolog w miejscu w którym skończyła – bo wiecie, ten kapelusz kupiłam …. Nieśpiesznie wędrowaliśmy wzdłuż wąwozu. Dzieciaki jak to dzieciaki trochę marudziły, a to że gorąco, a to że daleko, ale generalnie kochały te włóczęgi.
Kiedy porządnie głodni wracaliśmy do obozu nagle powiało chłodem, zagrzmiało i skończyła się piękna pogoda. W ciągu kilkunastu minut rozpętała się nawałnica. Brnęliśmy w strugach deszczu i walczyliśmy z upiornym wiatrem. Dookoła waliły pioruny. Jednym słowem było kiepsko. W końcu dotarliśmy do obozowiska i zaniemówiliśmy z wrażenia.
O matko! Krzyknęła moja najlepsza przyjaciółka wyjmując z kieszeni kłódkę – nie zamknęłam namiotu z prowiantem! Do naszych zapasów dobrały się małpy. (Kłódka w buszu to podstawa. Jeszcze nie urodziła się taka małpa, która otworzy zapięte na kłódkę suwaki) Zjadły, zniszczyły, porozwłóczyły po buszu dosłownie wszystko. Resztę zniszczenia dokończyła ulewa. W moim, zamkniętym namiocie przetrwały suche śpiwory i jedna, jedyna kostka rosołowa. I tak ocaliłam wyprawę przed śmiercią głodową. W błocie udało nam się odnaleźć butlę gazową i rondelek. Na zewnątrz szalała burza, było zimno, mokro, przerażająco. Opatuleni w śpiwory przez całą noc popijaliśmy gorącą deszczówkę z rozpuszczonym rosołkiem. Rano zmęczeni, niewyspani ale żywi, powlekliśmy się do samochodów. Moja najlepsza przyjaciółka, brnąc po kostki w błocie szeptała - zbawczyni nasza! BOHATERKO!! Tylko dzięki tobie żyjemy. Ten nocny rosołek był najcudowniejszym posiłkiem na świecie, nektar, małmazja, cudo...
- ogóreczki, jak ja lubię ogóreczki. I wiesz, on nie lubi słodyczy! Jak można gardzić czekoladą? Durny taki. A masz może coś słodkiego? Bo taka jakaś niedojedzona jestem.
Wyjęłam z zamrażarki paczkę czekoladowych lodów. Sięgnęłam po miseczkę, ale dałam sobie z nią spokój, miałabym tylko więcej zmywania.
Lody mam, weź łyżkę z zupy.
O, czekoladowe - wyraziła niekłamany zachwyt przyjaciółka przysuwając sobie litrowy pojemnik - uwielbia. A on na deser tylko plasterek żółtego sera. No i jak ja mam z nim żyć kochana? Jak żyć???
Ale trudno. Mam co mam. Zrobię dzisiaj na obiad szpinak z fetą dla niego, a dla siebie goloneczkę z piwem.
Jak ja lubię sobie z tobą porozmawiać. Ty masz taki dar przekonywania. Znowu ocaliłaś mnie przed zrobieniem jakiejś głupoty.
No to pa, lecę. Muszę zdobyć świeży szpinak. Mrożonego nie jada. On zaraz wraca z pracy, a lubi gdy na niego czekam z obiadem. Domator taki. Koteczek. Pieszczoszek mój kochany. Pa kochana. Pa!
Wrzuciła puste opakowanie po lodach do śmieci i pobiegła do wrednego, kochanego, chrapiącego, czułego, byłego i obecnego od wielu lat męża.
Zabrałam się do sprzątania. Bez słowa, bez czynów, po raz kolejny uratowałam moją najlepszą przyjaciółkę. JA! BOHATERKA CODZIENNOŚCI!


























Komentarze
Scenie nutkę nostalgii
Wzmianka o wspólnych wspomnieniach, takich jak pachnąca czosnkiem kiełbasa, dodaje tej scenie nutkę nostalgii i koleżeństwa. https://foodlewordle.io
Drive Mad
https://drive-mad.org is more than just a driving game; it’s an exhilarating adventure that challenges players to push their limits.
Monkey Mart
Players can also collaborate with other players through cooperative missions, where they work together to achieve common goals. This teamwork fosters a sense of community and encourages players to share strategies and tips for success.
https://monkeymart6x.io
Dodaj komentarz