Ulubione buty
Miałam okazję zawitać do Portugalii w okresie przed otwarciem granic i urealnieniem waluty. W kraju, nie powiem, dawałam upust miłości do wysokich obcasów, ale wyboru zbytniego nie miałam, więc i dylematów mniej, a tu w Lizbonie szaleństwo. Buty to moja podstawowa słabość babska, nie mogłam się oprzeć i z mojego towarzysza podróży uczyniłam męczennika wystaw. Nieskończone witryny sklepowe pełne niewyobrażalnego piękna. Całe szczęście wisiał nad nami bezlitosny miecz czasu. Decyzja podjęta. Wysmukłe szpilki w typie sandałów wydawały się butem, który w ciepłym klimacie odpowiada kryterium uniwersalności. Do ceny, którą zapłaciłam nigdy się nie przyznałam. Przechowuję je do dzisiaj.
Pierwsze skojarzenie: tupot nóg, oczywiście Okudżawa. Ale wojskowe odpadają... jedną parę wspominam z rozrzewnieniem. Obuwie w kolorach jesieni, które komponowało się kolorystycznie z wszystkim, co wtedy nosiłam. Kupując te cuda już się martwiłam, że kiedyś się zniszczą i zostanę bez ich ciepła, aksamitu, miękkości.
- Tenisówki. Przechowuję je, - jak talizman, na dnie szafy…
Kiedyś miały kolor, - dziś już go nie pamiętam…
Dawniej, to one „nosiły mnie”, - to tu, to tam, „wyrywały” do przodu, ledwo za nimi nadążałam…
Teraz wiążę je sznurowadłem, / tak, na wszelki wypadek/, - żeby się nie pogubiły…
One, - w parze ze mną. Wędrujemy przez życie, noga za nogą…
Zapisujemy trasy na podeszwach…
„Tenisówki wspomnień” wymagają już renowacji, bo…- tu łatki, - tam dziury..;
- jednak wciąż nie mogę się bez nich „obejść”, - wierzcie mi!
Niestety dzisiaj zostały w domu, więc nie mogę ich zaprezentować.
Zwykle są nierozłączne z moimi nogami. Przemierzają za mną dróżki, biegną na przystanek, wsiadają do autobusu, tramwaju, są przydeptywane jak jest tłok.
Rozglądają się ciekawie, gdy znajdą się w nieznanym miejscu, zatrzymują...
Jestem z nimi już kilka sezonów.
Parę dni temu miałyśmy przygodę.
Znienacka złapała nas ulewa, której pomagał wiatr w ten sposób, że woda lała się nie tylko z góry, ale też i śmigała w poprzek.
Wokół powstały kałuże, a następnie chodnikami zaczęła spływać wartko woda.
Moje buty starały się jak mogły jakoś wyjść z tej opresji suchą nogą, ale niestety okazało się to niemożliwe.
Po tak bliskim spotkaniu z taką ilością wody, jak również pewnie z powodu wysługi lat, na czubkach zaczęła rozklejać się podeszwa i moje ulubione chodaczki nabrały wody...
Teraz moje buty odpoczywają i zdrowieją w domu.
Zabiorę je do znajomego doktora od butów, który na pewno zaradzi odklejonym noskom – przecież trzeba się troszczyć o przyjaciół...
PS.
Aha!
Zapomniałam je przedstawić.
Otóż buty są typu sportowego i mają tę właściwość, że oddychają...
Są bardzo wygodne, zapinane na rzepy, które przy zapinaniu wydają radosne odgłosy – jak psiak przed spacerem... no to idziemy!
Trampki… to też buty!
Nie ma już moich ulubionych butów. Ni ma. Zniknęły. Odeszły w niebyt gdzieś między siódmą a ósmą klasą. Tak, przypominam sobie: to były ostatnie wakacje w podstawówce. Na początku lipca dostałem je lśniące nowością. Prosto spod igły.
Dni wakacji w ulubionych butach, trampkach, które pokochałem od pierwszego wejrzenia mijały szybko.
Buty co raz zmieniały kolor. Raz był to kolor trawy, raz gliny w zależności od tego, czy głównym zajęciem była gra w piłkę, czy spacer do pobliskiego lasu.
Pod koniec sierpnia trampki, które pokryła już patyna czasu, znały już mnóstwo tajemnic o wakacyjnych szaleństwach kilkunastoletniego młodzieńca.
Milczały.
To nie jedyny powód dla którego je pokochałem.
Moje ulubione trampki…
Ulubione buty… to te, które wreszcie udało mi się odnaleźć w sklepie. Mogą być nawet używane, byle miały rozmiar 35, co jest rzadkością. W okresie totalnego braku towaru na półkach i pieniędzy w kieszeni zdobyłam takie komisowe cudo – zielone kozaczki na obcasie, otaczające łydkę niby rękawiczka. Od razu poczułam się w nich jak baletnica. Energetyczny prąd przeniknął mnie od stóp aż po czubek głowy. Mogłam w nich ruszyć na podbój świata.

























