Inspiracja - zmiana – nadzieja…

Tej zmiany nie spowodowała inspiracja. Była wynikiem racjonalnych przesłanek. Przeniesienie naszego życia ze Śląska do Krakowa. Przypominała potężne trzęsienie ziemi. Głównie emocjonalne.

Aby się dokonała, musiałam zrezygnować z bardzo dobrej pracy. Pozostawić starych, schorowanych rodziców z opiekunkami i dojeżdżać, dojeżdżać, dojeżdżać. Przez wiele lat. To spowodowało niemożność powrotu na rynek pracy. I tak już zostało do emerytury.

Przez kilka lat nie opuszczało mnie rozdarcie między tamtymi kątami, przyzwyczajeniami, a tutejszą obcością. Brakiem przyjaciół, oddaleniem od ukochanej córki i rodziców i brakiem pomysłu na dalsze życie.

Nie obyło się bez "siniaków" na duszy. Bywało trudno; nie ukrywam. Teraz najdroższy Kraków nie zawsze potrafił utulić tęsknotę za tamtym życiem, miejscami, codziennym poukładaniem. Czasem bolało bardzo.

Trwało długo, nim zaświeciło pełne słońce. Gwałtownie i natrętnie. Lawiną atrakcji. I pomysłami na nowe.

Najpierw zdarzył się Jagielloński Uniwersytet Trzeciego Wieku ze wszystkimi możliwościami nieograniczonego rozwoju. Potem zapłonęła gwiazda Willi Decjusza z ukochaną Sagą. Płonie do dziś i ogrzewa.

Kina, teatry, wystawy, muzea, wyjazdy, przyjaciele; sukcesy, te małe i te duże...

Wrastanie w nowe miasto. Obrastanie sentymentami, odkrywanymi nowymi zakątkami, które wywołują feerię radości. Wciąż jeszcze powierzchownie. Czy kiedyś zasymiluję się tak silnie, jak w dzieciństwie, czy to tylko błogosławieństwo młodości...?

Tamte miejsca pozostaną na zawsze bardzo drogie, ale panta rei. Przywykłam, wrosłam, wciąż wrastam. Oswoiłam wszystko na plus. Piszę, maluję, bywam, latem układam polne bukiety. Kolekcjonuję marzenia. Cieszę się, jestem szczęśliwa.

Czasem tylko, kiedy spaceruję ulicami dzieciństwa, czuję na głowie dotyk dłoni rodziców. I jest cudownie. Jak dawniej.