Wagary

Tym razem temat wagarów został ochoczo podjęty przez Uczestników projektu SAGA. Wagary rozumiane jako czas wolny od obowiązków szkolnych, ale nie tylko. To relaks ustalany na własne życzenie, chwila wytchnienia i odpoczynku, minuty tylko dla siebie w zaplanowanym dniu.

Barbara Waksmańska
A może by tak wagary?

Wstyd się przyznać. Nigdy nie byłam na wagarach rozumianych dosłownie. Jakoś się omskło. Nie wiem jak mogłam do tego dopuścić. Teraz ochota we mnie jest, a nawet wielki potencjał wagarowania... Od czego tylko zacząć, żeby nadrobić wieloletnie zaniedbania? Na rozgrzewkę może nie przyjdę na spotkanie postsagowe? No nie, to zbyt wiele... Może jakiś mały kroczek na początek... O! nie pójdę na spotkanie ze starymi kumplami z pracy. Bez przykrości, bo o prostacie przecież wiem już wszystko, nie muszę sobie tej wiedzy utrwalać...

Teraz już będzie łatwiej.

Wagary od obowiązków domowych. Mycie garów, rajd z odkurzaczem i ścierką po chałupie ze zdecydowanie mniejszą częstotliwością, o tak. Rzadziej będę zaniedbywać kanapę i zalegnę częściej, albo zamiast prozaicznych czynności domowych poćwiczę tai chi, albo zaczepne chwyty samoobrony, albo stanę na głowie. A co mi tam...

Bożena Bertman
A może wagary?

Mnie zupełnie nie pociągały, przecież opłacało się być na lekcjach, żeby potem mieć mało nauki i dużo wolnego czasu na swoje pasje. Ale jednak zawagarowałam, kiedy moja starsza siostra zdawała pisemną maturę z matematyki. Wiedziałam, że będzie ciężko. Ponieważ jej chłopiec, kolega z tej samej klasy był matematycznym geniuszem, umówiłam się z nim, że poda mi rozwiązane zadana, a ja przekażę je siostrze. Czekałam w męskiej toalecie, gdzie wkrótce pojawił się nie on, lecz Dyro! Zobaczył mnie i wykrzyknął: "O, panna Bożenka! Zawieszam cię w prawach ucznia". Mama jak dowiedziała się o tym dramacie, zaraz poszła do dyrektora i jakoś mnie usprawiedliwiła. Miałam nazajutrz pojawić się w gabinecie dyrektora. Szłam na miękkich nogach, ale Dyro niewiele mnie ganiąc zakończył orację: „Qudqid agis prudenter agas et respice finem". Zapamiętałam tę maksymę: „Cokolwiek czynisz czyń roztropnie i patrz na koniec” i staram się ją przestrzegać.

Na studiach ucieczki z nudnych zajęć były codziennością. Najlepsze były wieczorową porą - do kina, na spotkania, prywatki. Ale kiedyś mój chłopak czekał na mnie po zajęciach i okazało się, że mnie na nich nie było. Musiałam coś kręcić, wymyślać, czego nie lubię; nie dlatego że to grzech, lecz kłamstwa obciążają pamięć. I tak skończyły się te miłe wagary.

Końcową godzinę pracy często zarywałam, i pisanie opinii brałam do domu. Spieszyłam się do mojego cudownego labradora, jego wulkanów radości, spacerów maratonów, sztuczek. Nie potrzebowałam diety i profesjonalnych ćwiczeń. Tylko zdrowo i wesoło. Ale odszedł. Nie przypuszczałam, że tak bardzo będzie bolało. I praca odeszła.

Teraz sama układam swoje dni, tak aby to, czemu poświęcam czas było pożyteczne i przyjemne. Czasem uciekam od zajęć w kuchni, dając komu innemu szansę na tak dziś modną kulinarną twórczość

Romana Cieśla
Moje wagary

W czasach szkolnych nie chodziłam na wagary, a przynajmniej sobie tego nie przypominam.
Natomiast na studiach wagarowaliśmy niekiedy całą grupą uciekając z zajęć prowadzonych przez nielubianych asystentów. Nie zawsze było to mądre, czasem sprzeciwiałam się tym pomysłom, no ale cóż - solidarność koleżeńska obowiązywała; nie można się było wyłamywać.

Teraz wagary już mnie nie dotyczą, albo raczej powinnam powiedzieć, że od sześciu lat jestem na permanentnych wagarach od codziennej pracy zawodowej i życia w czasowym reżimie. Jest to źle i dobrze zarazem, bo jakaś samodyscyplina każdemu z nas jest w pewnym stopniu potrzebna.

Tuż przed Dniem Wszystkich Świętych przeczytałam gdzieś wypowiedź Krystyny Jandy, która zaleca zabieganym i zapracowanym właśnie to - chwilowe wagary od życia zaplanowanego. Spodobało mi się to określenie: wagary od życia zaplanowanego - to nie to samo, co urlop. Wyjazd na urlop jest zawsze zaplanowany.

A wagary dojrzałego człowieka, zwłaszcza kobiety obarczonej licznymi obowiązkami - zwykle na rzecz innych - to powinien być czas tylko dla siebie, dobrze spędzony w sposób zaskakująco i zdecydowanie odmienny od typowych zwykłych, drobnych przyjemności codziennego życia. To powinno być coś niezwykłego!

Myślę, że trzeba sobie robić takie wagary co jakiś czas - dla poprawy nastroju i rozjaśnienia umysłu.
Chyba każdemu z nas, nie tylko tym bardzo zapracowanym, dobrze zrobiłyby krótkie wagary od codziennej rutyny. A co by to mogło być ? To już zależy od osobistych upodobań. Może szybki wyjazd za miasto i zanurzenie się w pięknej przyrodzie; a może niespodziewane spotkanie z kimś miłym i dobra rozmowa?

Dla mnie ożywcze są chwile spędzone w pięknym otoczeniu, koniecznie z wykorzystaniem ruchu fizycznego, a nawet głosu. Rzadko, ale zdarzają mi się takie chwile. Staram się wtedy uruchomić, zaangażować wszystkie zmysły, aby poczuć radość istnienia. To są momenty przypływu energii życiowej i ładowania akumulatorów.

Pozwolę sobie jeszcze przypomnieć fragment znanej piosenki Anny Marii Jopek z 1999 roku pt. „Ja wysiadam”. Słowa tej piosenki kojarzą mi się z naszym dzisiejszym tematem, czyli z krótkim, szybkim oderwaniem od uregulowanego rytmu życia. Napisała je Magda Czapińska.

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, bo wysiadam
Przez życie nie chcę gnać bez tchu.

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni.
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!

A życie przecież po to jest, żeby pożyć;
By spytać siebie: mieć, czy być ?
No, życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić…

Małgorzata Szreniawa-Gut

Wg słownika języka polskiego wagary, to samowolne przebywanie ucznia poza szkołą podczas obowiązkowych zajęć szkolnych.

Nie chodziłam na wagary. Nie czułam takiej potrzeby. Nie było to dla mnie nic szczególnego. Nie mogę powiedzieć, że szkołę nadzwyczajnie lubiłam, ale planowane, celowe opuszczanie zajęć nie miało dla mnie najmniejszego sensu i nie było dla mnie przyjemnością. Jest tak do teraz.

Zamiast wagarów niemal od zawsze chciałam mieć części zamienne dopasowane do mojego ciała. Ze dwie pary zamiennych rąk i nóg. Jakieś trzy pary zamiennych oczu i uszu. Jeszcze ze dwie głowy. Cóż by to była za radość odkręcić te zmęczone, bolące, niezręczne kończyny, położyć w szufladzie – niech odpoczną - a wkręcić świeżutkie, chętne do działania.

A głowa? - niechże poleży, zresetuje się, ubogaci, napełni radością, okrzepnie; a ta druga świeżo wkręcona radośnie pracuje, kreuje i tworzy. Myśli są bystre, wybory trafne, słowa celne. A kiedy takie przestają być – wymieniam.

Antoni Niedziałkowski

Moje wagary

Kiedy to było?! Usiłuję przypomnieć sobie jakieś szczególne, warte opisania i nic nie przychodzi mi do głowy. Pewnie dlatego, że rzadko wagarowałem. W szkole podstawowej do 7 klasy byłem bardzo zdyscyplinowanym uczniem. Dopiero w 7 klasie, gdy zostałem kinomaniakiem, zdarzało mi się wybrać poranek w którymś z krakowskich kin zamiast lekcji w szkole.

Ten ranek był piękny, słoneczny, majowy. W perspektywie klasówka z historii i fizyki, albo wyprawa ze Staszkiem do kina na film „I bóg stworzył kobietę” z udziałem Brigitte Bardot. Wiadomo co wybrałem. Wprawdzie film zaczynał się o 11, ale już o 9 spotkaliśmy się pod Adasiem. Tak wcześnie bo jeszcze trzeba było kupić bilety i dopracować strategię wejścia do kina. Sam fakt posiadania biletów niczego nie gwarantował.

Najważniejsze było przekonanie biletera, kinowego cerbera, że jesteśmy w odpowiednim wieku do oglądnięcia filmu. Ten był od 18 lat, a nam do tego brakowało około 4 lat. Wprawdzie obaj wyglądaliśmy doroślej niż w metryce, ale już wielokrotnie doświadczaliśmy odprawienia z kwitkiem i goryczy odsprzedawania biletów lub straty zapłaconych za nie pieniędzy. Technikę działania mieliśmy opracowaną w szczegółach. Po pierwsze; trzeba kupić bilety, czyli sforsować kasę, gdzie może paść pytanie o wiek i jego potwierdzenie dokumentem tożsamości – bilety kupuje jeden z nas. Jak nie kupi, idzie drugi. Jak nie kupi, szukamy młodego dorosłego i prosimy o kupno biletów. Starszych nie prosiliśmy, bo przed południem prawie pewne było pytanie, dlaczego nie jesteśmy w szkole. Następnie obserwacja wejścia do kina, który dzisiaj bileter i jaką przyjąć taktykę. Bileterów w Krakowie, w kinach do których chodziliśmy, znaliśmy wszystkich. Było kilku bardzo trudnych do „przejścia”. Najgorzej było jak do kina wpuszczała kobieta. Wtedy było niemalże pewne, że z matczyną troską zainteresuje się naszym wiekiem, a przed południem to jeszcze spyta o szkołę. Do kina wchodziliśmy oddzielnie z tłumem, który pojawiał się tuż przed rozpoczęciem projekcji. No i ostatni najważniejszy element strategii wejścia - zakup programu. Zawsze mieliśmy przygotowaną monetę 5 złotową. Wręczając bilet prosiliśmy o program i natychmiast za niego płaciliśmy. Najczęściej skutkowało, zwłaszcza w tłoku. Tym razem weszliśmy do kina bez problemów. Film bardzo nam się podobał, czemu trudno się dziwić. Trochę było tylko kłopotów z tymi wagarami, bo wychodząc z kina spotkaliśmy naszą wychowawczynię, która też przedpołudnie spędziła oglądając Bardotkę.

A tak w ogóle, to czasem się zastanawiam, jakim cudem ze Staszkiem skończyliśmy szkolę podstawową i zdali egzaminy do liceum gdyż właśnie w 7 klasie, w ciągu roku, byliśmy na 367 seansach filmowych.

Elżbieta Boroń
Wagary – jakie były, jakie są, a na jakie chcesz się wybrać?

W powszechnym rozumieniu wagary to ucieczka z lekcji, nie uczestniczenie w obowiązkowych zajęciach szkolnych, najczęściej w dniach klasówek (to w moich czasach), a teraz - w dniach testów czy sprawdzianów. Zdarza się to najczęściej uczniom i podobnie praktykuje też cały świat. Jest Dzień Wagarowicza – oficjalnie podawany do wiadomości i dlatego nawet akceptowany przez rodziców uczniów. Słowo wagary pochodzi od łacińskiego vagar, vagari i najtrafniej definiuje je słownik łacińsko-polski. Oznacza to: wałęsać się, błąkać, krążyć, odstępować od tematu; charakteryzuje zachowanie chwiejne, niestałe, zmienne, rozwlekłe i niedokładne. Jak widać nie są to pochlebne określenia. Ale ponieważ najczęściej kojarzą się z wczesną młodością – należy się taryfa ulgowa tym poczynaniom. Osobiście nie pamiętam, bym celowo wagarowała, może jako zodiakalna Panna poważniej traktowałam obowiązki szkolne. Ale też na pewno nie byłam typem kujona i wzorowej uczennicy, mieliśmy w liceum wspaniałą „paczkę”, organizowaliśmy wspólne wycieczki, często rowerowe, oraz fantastyczne Sylwestry i prywatki (teraz to się nazywa „domówki”).

W efekcie wagary, jako celowa i świadoma nieobecność w szkole, w ogóle w moim środowisku nie miały racji bytu. Wracając do zadanego tematu, jakie teraz są u mnie wagary i na jakie chcę się wybrać, nie mam pojęcia. Zależy jak to rozumieć, bo według łacińskiego określenia, trudno w dorosłym życiu jeszcze się błąkać, wałęsać, być zmienną i chwiejną osobą.

Anna Pawlus

Po raz pierwszy nic mi nie przychodzi do głowy w związku z tematem do napisania.
Wagary kojarzą mi się źle. W szkole podstawowej kolega rzucił hasło: uciekamy z lekcji! Okazało się, że nie miał zadania. Jeszcze długo potem wychowawczyni miała do nas pretensje. To nie w porządku! Tak nie wolno! Myślę, że nie warto było. Dzisiaj gdybym miała pójść na wagary to najchętniej do kina. Na kilka dobrych filmów, jeden po drugim. Spacer dookoła Rynku, ale plantami, najlepiej wiosną. Jest dużo ogródków kawiarnianych, dobra kawa podczas wagarowania nie byłaby zła.

Oczywiście wagary to akcja grupowa, więc w wesołym towarzystwie. Można by wsiąść do tramwaju byle jakiego i pojechać na końcowy przystanek, np. Czerwone Maki nr 18, pospacerować po okolicy i wrócić po paru godzinach. Teraz jest dużo nowych linii i odległych od centrum miejsc.

Anna Okrzesik

Moja przygoda z wagarami zaczęła się bardzo wcześnie. I ze wstydem muszę przyznać, iż mimo wyraźnych znaków, które dawała mi opatrzność, żebym jednak nie szła tą drogą, nikt i nic nie mogło mnie powstrzymać przed tym dreszczem emocji, który zwykle towarzyszy sprawom zabronionym.

Zaczęło się więc - jak już wiecie - wcześnie. W drugiej klasie szkoły podstawowej, rodzice z powodów bliżej mi nie tłumaczonych, a prawdopodobnie związanych z ich rozwodem, wysłali mnie na rok do ciotki, mieszkającej w Częstochowie. A tam było prawdziwe życie! Ośmiolatki regularnie uprawiające hazard (tak, tak, na pieniądze), na przerwach bijatyki, pinezki na krześle i chrząszcze za białym kołnierzykiem mundurka.

Na pierwsze wagary wyciągnęła mnie Basia Kowalska. Znacie na pewno takie dziewczynki z piekła rodem, które od dziecka podporządkowują sobie świat. Od pierwszych dni mojego rocznego wygnania wpatrywałam się w nią z uwielbieniem.

Spytała mnie kiedyś mimochodem, czy nie chciała bym zobaczyć umarlaka. Dokładnie tak się wyraziła. Nie , nie zmarłego, ale umarlaka. Wyobrażacie sobie chyba bezmiar mojego szczęścia. Nie dość, że mnie wybrała, to jeszcze miałam zobaczyć pierwszego w życiu nieboszczyka. Wyszłyśmy po drugiej lekcji, żeby zdążyć wrócić na czas do domu, co nam się z resztą nie udało, a kilkugodzinnego spóźnienia ciotka omalże nie przypłaciła zawałem. Wędrówka przez pół Częstochowy, przedmieścia i dwie wsie, opłaciła się z nawiązką. W drewnianej chacie, w otoczeniu rodziny, sąsiadów i takich gapiów jak my, wysoko na katafalku ustawionym pośrodku izby, leżała pomarszczona, malutka, chyba stuletnia staruszka o papierowej twarzy. Do dzisiaj nie wiem, skąd Basia wiedziała o tym domu i o tej staruszce, ale emocje związane z tą wizytą pamiętam jakby to było wczoraj.

Żeby z wdziękiem wyskoczyć z tego ponurego nastroju, opowiem wam o moich następnych wagarach.

Rok później wróciłam z zesłania do Krakowa. Zahartowana, do cna zepsuta i żądna tamtych, częstochowskich wrażeń, namówiłam moją przyjaciółkę na wagary w jej grzegórzeckim mieszkaniu. Miałyśmy słuchać muzyki i pić wino zrobione przez jej dziadka. Możecie nie wierzyć, ale miałam wtedy dziewięć lat, a dla kogoś, kto spędził rok w Częstochowie, to było przecież oczywiste. Zamiast iść do szkoły, udałyśmy się do bloku, w którym mieszkała. Był ciepły, wiosenny dzień. Puściłyśmy adapter na cały regulator, otworzyłyśmy okno – mieszkanie było na parterze – i usiadłyśmy na parapecie. Wina w końcu nie dała, chyba się jednak przestraszyła, skończyło się na oranżadzie. Siedzimy tak sobie w tym oknie, dwa metry nad ziemią, Czerwone Gitary wyją na całe osiedle, a chodnikiem z utkwionym w nas, bazyliszkowym wzrokiem, idzie pani L. – znienawidzona dyrektorka szkoły i nasza wychowawczyni. No i my, durne, zamiast zwiać z tego okna, zapaść się pod ziemię, - nie powiem wam, czy w odruchu dobrego wychowania, czy może raczej bezbrzeżnej głupoty – chórem powiedziałyśmy jej „Dzień Dobry”. Możecie sobie wyobrazić, co się później działo. Awantura, krzyki, morze wylanych łez i solenna obietnica poprawy.

Nie na długo. Jeszcze w tym samym roku, na tych samych Grzegórzkach, w piwnicy bloku innej dziewczynki, paliłam pierwsze papierosy. Przygotowałyśmy się do tego metodycznie. Podejrzewając, że mogą nam nie smakować, wzięłyśmy ze sobą cukierki i oranżadę. Jak się domyślacie, papierosy – nawet miętowe Zefiry – były obrzydliwe. Cała nasza czwórka dzielnie jednak wypuszczała te kłęby dymu, chichocząc się przy tym z radości tak głośno, że zaniepokojeni sąsiedzi postanowili nakryć włamywaczy i złodziei rowerów na akcji w piwnicy. Koleżanki uciekły i zostawiły mnie samą z tym rozjuszonym komitetem obywatelskim. A na pytanie bardzo dużego pana, co my tu robimy, jąkając się z przerażenia wydukałam – jemy cukierki i pijemy oranżadę. Nie musze wam mówić, że dziewczynom nie wybaczyłam nigdy. W Częstochowie nauczyłam się także, co to honor i takie zachowanie nie mieściło się w mojej mocno skołowanej głowie.

Wagary nigdy więcej już nie były takim przeżyciem. W czasach liceum, bywało, że dni nieobecnych, nieusprawiedliwionych w roku miałam około setki. Musicie wiedzieć jednak, że w tym czasie odkryłam kolejną, wielką fascynacje mojego życia. A były nią turnieje bridżowe rozgrywane w kuchni na Sobieskiego. Nie mieliśmy czasu chodzić do szkoły.

Ale o tym opowiem wam innym razem.

Anna Marek

- Mrówka, błagam, wolniej - dyszałam, szkolny worek obijał się o moje boki, z nieba lał się żar. Wspinałyśmy się na górę Zamkową, która wznosiła się zaraz za szkolnym internatem. Mrówka parła do przodu, czepiając się gałązek, krzaków i podpierając w razie potrzeby dłońmi.

- Mrówka, powiedz mi – smędziłam - dlaczego idziemy właśnie z tej strony góry, przedzierając się przez gąszcz tarniny i dzikiej róży.

- A chciałabyś defilować przed oknami szkoły na oczach ich wszystkich? - zapytała Baśka i zamaszyście otarła pot z czoła, mażąc na nim dwie brudne krechy.

To były nasz pierwsze wagary, kto by pomyślał, w jedenastej klasie, tuż przed maturą.

 Jeszcze chwila i wyszłyśmy na małą łączkę na szczycie. Nie wierzyłyśmy własnym oczom! Na jej środku, na kraciastym pledzie, rozkosznie ułożone leżało nagie damskie ciało. Teraz poderwało się , kucyk na czubku głowy zadrżał, podparło się jedną ręką i obróciło ku nam. To była chemica. Przestraszona z okrągłymi brązowymi oczami, i dużą piersią wypływającą z pomiędzy palców zakrywającej ją dłoni. Po chwili oprzytomniała i spytała z przekąsem.

- Panienki nie na lekcjach? O ile dobrze pamiętam pojutrze konferencja klasyfikacyjna. Ze spokojem odwróciła się od nas. Na sterczący wyniośle tyłek zarzuciła kwiecistą spódnicę, a głowę ułożyła wygodnie w zgięciu łokcia. Wróciła do przerwanej drzemki.

- Wszystko zepsuła - Baśka szła zamaszyście, depcząc na drodze gałązki i waląc rozhuśtanym workiem w pnie drzewek i krzaki. Miała rację, ale teraz należało się zastanowić, czy nie powinnyśmy wrócić do szkoły.

– Nigdy! Widziałaś jej minę. Oni zawsze chcą być górą. W takim razie pozostało nam zejście bokiem winnicy na dół, do miasteczka.

- Pan Bóg mi was zesłał. A z której jesteście klasy? Jest tu trochę gałązek do podwiązania, a ja nie mam siły. Ten upał mnie obezwładnia - mówiąc to w naszym kierunku szedł profesor biologii, człapiąc niemiłosiernie sandałami , staruszek w wielkim słomianym kapeluszu o twarzy uśmiechniętego Pana Boga. Pokazał nam, jak przycinać pędy, a potem zaczepiać na drutach opasujących winnicę. Wkrótce zapadł w drzemkę na składanym stołeczku w cieniu rozłożystej jabłoni.

Późnym popołudniem brudne i zmęczone wbiegłyśmy na leżącą naprzeciw Zamkowej górę św. Anny. Rozsiadłyśmy się pod ścianą kapliczki opierając plecami o nagrzane słońcem kamienie. Baśka wyciągnęła z kieszeni papierosy.

- Podebrałam mamie – Zapaliłyśmy wąziutkie tutki. Siedziałyśmy nieruchomo wydmuchując przed siebie dym i patrząc na miasteczko w dole. Było cicho, nie docierały do nas żadne odgłosy. Otwarta przestrzeń pachniała aromatem macierzanki. Nie myślałyśmy o przyszłości. Przyjmowałyśmy ją z ufnością.

Anna Żeber
A może by tak na wagary…

Pierwsze, typowe skojarzenia z tematem. Szkoła, ucieczki z lekcji, klasówek, meta u koleżanki lub kolegi, kłęby zakazanego dymu z papierosów, może cierpki smak „ jabola”. Przyznam się od razu. Na takich wagarach nie byłam.

Podczas ostatnich odwiedzin rodzinnych Kielc postanowiłam pójść tropem mojego „wagarowego szlaku”. Przeszłam codzienną drogę do szkoły przez cudownie złoto-brązowy o tej porze roku stary park St. Żeromskiego, ulicą Ściegiennego w stronę Katedry mijając Miejską Bibliotekę Publiczną, potem w dół na ul. Staszica, gdzie mieści się dalej małe kino Moskwa, oczywiście z porankami. Odżyły dawne, samą mnie zaskakujące wspomnienia. Wracały natrętnie. Przecież nie o tym miałam pisać!!! Więc wybaczcie, Kochani, tę bardzo osobistą wycieczkę.

Moje szkolne wagarowanie zaczęło się i zakończyło III klasie liceum. Był to zdecydowanie przełomowy czas w moim życiu, 17 wiosen - jak to dawniej mawiano.

Chodziłam do cieszącego się dobrą opinią , z dużymi tradycjami, Liceum im. Stefana Żeromskiego.

Przez pierwsze dwa lata nauki zachwycona byłam klasą, nauczycielami i wszystkim, co z tzw. „szkolnym życiem” się wiązało. Bardzo starałam się i z powodzeniem udawało mi się być, tzw. „wzorową uczennicą”. O żadnych wagarach nawet nie myślałam. Ponieważ klasa była o profilu matematyczno-fizycznym, z niewielka przewagą chłopców, zainteresowania damsko - męskie odgrywały w naszej małej społeczności ogromną rolę. Dziewczyny coraz częściej opowiadały ekscytujące erotyczne przeżycia, nie tylko już na poziomie „spojrzał - nie spojrzał”. I właśnie w owej III klasie okazało się, ze muszę na stałe już nosić okulary, następowały zmiany w ciele, nabrałam tzw. „pełnych kształtów’. Zaczęła panować wtedy moda na modelkę Twiggy, bardzo szczupłe dziewczyny o chłopięcej budowie.

Było to w porze jesiennej. Koledzy urządzili konkurs na tzw. „atrakcyjność koleżanek”. Po przerwie zobaczyłam narysowaną na tablicy postać kobiety w okularach, z długimi włosami, z ogromnym biustem, wąską talią i dużymi gabarytami dolnej części ciała. To dzieło sztuki było podpisane .

„ Przedostatnie miejsce - Ania”. Byłam jedyną Anią w klasie. Nie pamiętam już, jak to załatwiłam, ale wyszłam ze szkoły z przeświadczeniem, ze już nigdy tam nie wrócę. Spędziłam ten dzień włócząc się po parku.

Następne dni spędziłam właśnie w czytelni Biblioteki Publicznej. Czułam się tam bezpiecznie. Miłe panie o nic nie pytały. Szukałam intuicyjnie czegoś, co pozwoli mi przetrwać. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zaczęłam przyglądać się i szukać książek z dziedziny psychologii. Panie podpowiedziały mi „Rytm życia” prof. Antoniego Kępińskiego. Szukałam odpowiedzi na pytanie „dlaczego”. W któryś dzień poszłam po raz koleiny na „Kabaret” z uwielbianą Liza Minneli.

Po kilu dniach mojego wagarowania postanowiłam jednak wrócić. Odpowiednio się przygotowałam. Całodzienna głodówka, biust ujarzmiłam obwiązując bandażem elastycznym.

Wychowawczyni, nauczycielce fizyki powiedziałam, że nie mam usprawiedliwienia. Nie spytała dlaczego. A kontakty w klasie? Pozornie poprawne. Ale już nie pojechałam na wycieczkę szkolną, nie chodziłam na prywatki, wycofałam się z Kabaretu. Owszem, na klasówkach z matematyki, która stała się w tym czasie moja pasją, podawałam ściągi. Przetrwałam.

Na szczęście miałam siostrę i wspaniałą, radosną przyjaciółkę Gochę, z którymi spędzałam wszystkie wakacje. Były to prawdziwe wagary od szkolnej codzienności. Mazury, Bieszczady… Z plecakami, nieodłączną gitarą i poczuciem wolności, że wszystko się może zdarzyć. Wędrowanie, pływanie, wylegiwanie w słońcu, a wieczorami, przy cieple i blasku ogniska, wraz z balladami Bułata Okudżawy, Joan Baez, Boba Dylana, odpływały wszystkie demony. Nowi znajomi szybko stawali się przyjaciółmi, a czasem wśród nich pojawiało się wakacyjne zapatrzenie.

 A teraz? Nie potrzebuję już „wagarów”. Cieszy mnie codzienność z jej wszystkimi odcieniami. Zwykły i ten bardziej niezwykły czas. A że czasem przychodzi lęk… no cóż. Jest on nieodłącznym towarzyszem naszej ludzkiej egzystencji. A zresztą … zawsze można go wysłać na wagary…

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
5 + 4 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.