Magiczny Kraków

Mimo dotychczasowych ustaleń, z przyczyn od nas niezależnych, niestety w dn. 16 września 2014r. nie mieliśmy możliwości spotkać się w Willi Decjusza. Na szczęście sytuację uratował nasz Kolega Antoni Niedziałkowski i wspaniałomyślnie wraz z Żoną przygarnął naszą grupę Postsagowiczów do swojego mieszkania w centrum Krakowa. Gospodarze stworzyli serdeczną, przemiłą atmosferę i dzięki Ich uprzejmości mogliśmy zrealizować zamierzony program. Tematem spotkania był "Magiczny Kraków", czyli rozważania na temat wyjątkowości miasta: Na czym polega piękno i urok Krakowa? W jakich chwilach przejawia się jego magia?. Niezwykle interesująco, często bardzo subiektywnie opisali swój magiczny Kraków następujący uczestnicy tego wydarzenia.

Anna Marek

Magiczne miejsca są, jak w bajkach, czasami z wyglądu niepozorne. Trzeba je znaleźć, wymagają też ducha opiekuńczego, który będzie nad nim czuwał. Tak właśnie miała się rzecz z Krzysztoforami położonymi przy mało reprezentacyjnej ulicy Szczepańskiej, która chociaż wychodziła na Rynek, nie miała wielkomiejskiego poloru Floriańskiej czy Grodzkiej. W tamtych czasach, a piszę o latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, to uliczka kiepskich barów, jak chociażby ten „Pod trzema rybkami” czy „Pikolo” i pokątnych handelków w bramach, wiecznie zatłoczonego parkingu na Placu Szczepańskim, nie mówiąc o budynku Milicji Obywatelskiej na rogu przy Plantach. Zupełnie ginęły w tej bylejakości, Muzeum Sztuki Średniowiecznej w kamienicy Szołayskich i Pałac Sztuki na brzegu plant, ukryty wśród drzew, w oparach spalin z rur wydechowych. Stary Pałac Krzysztoforów, w którym za karę, w pierwszych latach powojennych mieściła się Centrala Rybna, teraz odpoczywał jako nobliwe Muzeum Historyczne, znane z konkursów bożonarodzeniowych szopek.

Szczepańska 2 - to ten adres. Duża drewniana brama, a w niej furta. Dalej sień wjazdowa wybrukowana kocimi łbami. Zaraz za bramą w murze, niepozorne drzwi prowadzące w dół do piwnicy. To tam były galeria i kawiarnia w Krzysztoforach. Powstały w 1957 roku w piwnicach na węgiel z pięknym beczkowatym sklepieniem, po którym skapywała woda z akwariów na górze. Za sprawą jednego człowieka, Stanisława Balewicza, który pewnie ją znalazł i „wychodził”, stała się siedzibą Stowarzyszenia Artystycznego II Grupy Krakowskiej i teatru Cricot 2. Druga grupa krakowska, w skład której wchodzili nie tylko malarze i rzeźbiarze, ale i krytycy sztuki, kompozytorzy, graficy i pisarze, kontynuowała drogę pierwszej, przedwojennej, lewicującej. Gdyby zaś stworzyć wystawę jej twórców, to jak o tym pisze Anna Baranowa :

"Znalazłyby się tam układane z kości tablice pamięci Sterna, przejrzyste, ruchliwe monotypie Jaremianki, ekspresjonistyczne i misterne zarazem wiwisekcje Brzozowskiego, geometryczne układy Marczyńskiego, metaforyczne ambalaże Kantora, enkaustyczne reliefy Maziarskiej, odrealnione, a jakże cielesne akty Nowosielskiego, erotyczny teatrzyk Mikulskiego, muzyczne abstrakcje Tarasina, hieratyczne struktury Tarabuły itd. Nie mogłoby również zabraknąć rzeźb: zagarniających przestrzeń ołtarzy - dziwotworów Beresia oraz frywolnie różowych, operujących przekorną asocjacją form, metafor kobiecej egzystencji autorstwa Pinińskiej."

I to wszystko można było zobaczyć w piwnicach Krzysztoforów. Galeria stała się też miejscem koncertów jazzowych polskich zespołów, ale i gości zza oceanu, nocnych jam session, chyba jedynych w Krakowie. To tam prowadził wykłady o sztuce nowoczesnej Tadeusz Kantor, po swoich powrotach z Paryża. To były niezwykłe przeżycia. Nieduży, ubrany na czarno artysta, gwałtownie gestykulujący, niczym magik, panował nad zasłuchanym audytorium. Potem zobaczyliśmy to na jego spektaklach teatru Cricot 2. Stwarzał i puszczał w ruch postacie, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obracały się na scenie. Fascynował sztukami Witkacego, dziwacznymi i porywającymi, gdzie słowo, kostium i scenografia stanowiły jedność, a też, somnambulicznym spektaklem „Umarłej klasy”, bardziej odczuwanym ciałem w rytmie ciągle i ciągle powtarzanej frazy tanga, niż odbieranym rozumem. Galeria była otwarta na modne w tamtych latach happeningi i biorącą w nich udział młodzież. Niezwykły ładunek emocjonalny miały również zdarzenia Jerzego Beresia, na których półnagi artysta tworzył czy też wyrąbywał w drewnie swoje obrazoburcze ołtarze dla Ojczyzny. To dzięki takim działaniom, krakowianie nie ruszając się z miejsca, bo nie mogli, brali udział w tym, czym żyła Europa.

Było też to miejsce spotkań, kawiarnia, gdzie w niedużej salce za barem królowała elegancka pani Joanna. Przy małych stolikach przytulonych do murów szeptały zakochane pary. Duży kwadratowy stół należał do artystów. Tam królował Tadeusz Kantor z żoną Marią Stangret i jego akolici, oraz zaproszeni goście. Czasami to był Krzysztof Niemczyk, opiekun małoletnich uciekinierów, deprawator młodocianych chłopców, jak mówił o sobie, demoniczny manipulator. Człowiek błyskotliwie inteligentny i amoralny. Autor jedynej i znakomitej, a nie wydanej książki. Wszyscy oni razem wzięci i wszystko to co tworzyli, było sztuką z całą jej złożonością, a więc cudownością i okropieństwem. Pamiętajmy też o genius loci tego miejsca, Stanisławie Balewiczu, który miotał się zapewne między księgowością, a cenzurą. Widywano go zawsze z dużą skórzaną teczką urzędnika, wiecznie zaaferowanego, rozbieganego. Skąd brało się w nim tyle energii i otwartości, żeby w jednym miejscu pomieścić te wszystkie nowe prądy i idee, od których aż pękały tamte lata. Takie to było miejsce i tacy ludzie.

Marek Walawender

Magia jest rozproszona w świecie, trochę tu, trochę tam. To rzeczy są magiczne. Ludzie raczej nie, ale wytwory ludzkich rąk już tak. Nie mówi się o przysłowiowym Kowalskim czy o kimkolwiek innym, że jest magiczny. Magicznego mężczyzny ze świecą szukać. O kobiecie czasem mówi się, że jest magiczna, przeważnie mówi to mężczyzna i raczej w czasie przeszłym: „to była magiczna kobieta”. Wcześniej trudno się połapać. Zwierzęta są bardziej magiczne, niż ludzie. Kot jest zwierzęciem gruntownie magicznym, czarna pantera, wilk, ptaki generalnie wszystkie, nawet kura, że o kogucie nie wspomnę, koń jest magiczny jak cholera.

Ustalmy więc coś.

Magiczność jest związana z materią bo to cecha materii, jej sens, znaczenie. Najbardziej magiczna jest natura, przyroda: Bieszczady, Pieniny, las, góry, morze, jeziora, rzeka, słońce, księżyc, świt, zmierzch, drzewa, kwiaty. Trochę mniej magii jest w architekturze, w budynkach, miastach, wioskach, mostach. Jeszcze mniej magii, ale czasem zaskakująco dużo, jest w przedmiotach zrobionych przez człowieka. Są nawet dwa rodzaje magicznych przedmiotów – duże i małe. Duże, to rakiety, samoloty, okręty, żaglówki, czołgi, buldożery, parowóz Pm36-2 zwany „Piękną Heleną”, tiry, walce, ręczne spalinowe pilarki łańcuchowe. Małe, to takie przedmioty, z którymi jesteśmy związani emocjonalnie i nie możemy się z nimi rozstać – od mebli po maskotki.
Dalej w tej hierarchii magiczności są zwierzęta, a ludzie na końcu.

Miasta powinny być magiczne, bo jeżeli nie są, to nie zasługują na uwagę. Kraków jest magiczny. Magia Krakowa, to piękno zaklęte w historycznej zabudowie miasta, to także okolice miasta. Kraków jest piękny w całości i w szczegółach. Przewodniki po Krakowie pełne są magicznych miejsc.

Marek Grechuta w piosence „Ojczyzna” śpiewa:
„[…] czyś chociaż raz chodził po rynku w Krakowie,
czyś widział Wawel, komnaty, krużganki,
miejsca gdzie przeszłość dodaje Ci sił.”

Magia Krakowa i magiczne miejsca w Krakowie, to temat na setki piosenek i książek. Zwrócę uwagę na te, które mam blisko siebie.

Bagry – zaniedbane miejsce magiczne, zwłaszcza w zimie, zwłaszcza gdy zima ostra. Jak ta w 2012, gdy zalew zamarzł grubą taflą lodu. Tą grubość było widać po wykrojonych piłą mechaniczną klocach – robota wędkarzy. Można było dowolnie spacerować po tej tafli i zaglądać między oprószone śniegiem zeschłe tataraki – jak ptaki.

Krzemonki – całe. Zaczynając od wzgórza Lassoty z kościółkiem św. Benedykta i fortem, dalej idziemy przez skwerek, gdzie dawniej była podgórska szubienica – „Na zbóju”, ten skwer dzisiaj się już mniej magicznie nazywa, wchodzimy do parku Bednarskiego, przechodzimy obok laboratoriów Twardowskiego, idziemy na właściwe wzgórze Krzemionki, czyli tam, gdzie są obiekty telewizji krakowskiej, za nimi, czyli tuż przed skrzyżowaniem Matecznego, zwanym Rondem Matecznego, jest skalny taras z doskonałym widokiem, oczywiście przy odpowiedniej pogodzie na magiczną panoramę Tatr. Idąc dalej wchodzimy do tego, co zostało z lasu bonarskiego, bo trzeba pamiętać, że Krzemionki to były wyrobiska kamienia wapiennego, z którego zbudowano Kraków, okolice kopca Krakusa, to były błonia, czyli łąka miejska a tam, gdzie Bonarka, był las. Po wyjściu z lasku wychodzimy na szerokie przestrzenie wokół kamieniołomu Liban, terenów byłego obozu Płaszów i najstarszej budowli Krakowa, czyli kopca Krakusa vel Kraka.

Ul. Rękawka 9: kamienica mało magiczna, ale przy bramie wejściowej do niej wisi miedziana tabliczka z tym napisem. Zielonkawa, zaśniedziała, lewy dolny róg już rozsypany, ale wszystkie cztery miedziane gwoździki, którymi jest przymocowana wystawiają cały czas swoje łebki. Ta tabliczka pamięta, gdy Podgórze było Wolnym Królewskim Miastem Podgórze, a było do 1915 roku. Ona wisi tam już ponad sto lat. Aż się prosi, żeby napisać historię Podgórza z punktu widzenia miedzianej tabliczki. Koło niej przechodziły miliony ludzi. Mógł przechodzić Franciszek Józef. Nawet nie wiem, czy zawisła tam na początku XX-tego wieku, czy jeszcze w XIX-tym. Pamięta I wojnę światową, połączenie Podgórza z Krakowem, odzyskanie niepodległości, II wojnę światową. Skoro mogły zrobić karierę „Wspomnienia niebieskiego mundurka”, to dlaczego nie miałyby zrobić „Przemyślenia miedzianej tabliczki”.

Dzisiaj w cenie jest pragmatyczność. Pogardza się magicznością natury. Ucieka się od magii, dławi się ją, odziera się z niej materię. Gdy magia zanika, degradacji i zniszczeniu ulega materia. Bez magii traci znaczenie. Zostaje wybetonowany i zaasfaltowany świat. Magii w nim nie ma. I człowieka mniej.

Waldemar Śnieżyński

Kraków - zachęcam do zwiedzania!

Gwar – tłum ludzi podąża z tunelu do Rynku

Stare Miasto okolone zielonymi Plantami

Na Plantach ławki z panienkami i pijakami

Na trawnikach rzeźby dla upamiętnienia

Mury i Brama Floriańska

 - obwieszone kolorowymi malowankami

Ukojenie dla uszu

- grupy ludzi brzdąkające na instrumentach

Ulica Floriańska z kebabami

- i rożnami wydzielającymi męczące zapachy

Zabudowa typowo uliczna

                               - kamieniczki z bramami wjazdowymi na posesję

Powiew stęchlizny z otwartych bram kamienic

W dali wieża kościoła na tle lazurowego nieba

Gwar tłumu nasila się – zbliżamy się do celu

Kilku ekwilibrystów i mimów ściąga oglądaczy

Rynek Główny bardzo kolorowy – pastelowy

Naokoło pod kamienicami stoliki kawiarniane

                               Gościu, siądź pod mym… kolorowym parasolem

Romana Cieśla

Na hasło „Magiczny Kraków” w wyszukiwarce Google na pierwszym miejscu pokazuje się oficjalny serwis miejski miasta Krakowa w internecie. Widzę w tym pewną sprzeczność: bo skoro oficjalny, to na pewno nie magiczny. Władze miasta skwapliwie wykorzystują to szczególne określenie i te cechy Krakowa, które na pewno nie mają nic wspólnego z oficjelami, a nawet powstały na skutek opozycji, lub przynajmniej niechęci wobec władz miasta i całego kraju. Tak na przykład, jak to było z Piwnicą pod Baranami.

Ale magia Krakowa zaczęła powstawać już kilka wieków wcześniej. Tworzyli ją wybitnie uzdolnieni ludzie: architekci, artyści, twórcy kultury, no i niektórzy władcy też - trzeba przyznać. Dla mnie osobiście magia Krakowa jest bardzo płynnym i nieuchwytnym określeniem. Myślę, że każde stare i piękne miasto ma swoją magię.

Wychowałam się na dalekich przedmieściach Krakowa i każda wyprawa „do miasta” była niezwykle ciekawa i atrakcyjna, nawet gdy celem był tylko zakup butów, czy płaszcza. Najbardziej magiczny dla mnie był zawsze Rynek Główny. Moja mama lubiła robić zakupy odzieżowe w domu towarowym na rogu Wiślnej i Anny. Potem zwykle szłyśmy przez Rynek, Floriańską na Stary Kleparz, aby kupić coś absolutnie świeżego i dobrego do jedzenia. Obarczone zakupami wracałyśmy tramwajem nr 8 do Borku Fałęckiego, a ja z okien tramwaju oglądałam interesujące mnie niezmiennie magiczne widoki. Pamiętam ścianę i narożnik kaplicy Myszkowskich Kościoła Dominikanów, o którą nieomal ocierał się tramwaj jadący w kierunku placu Wszystkich Świętych (i nadal się ociera). Następnie fasada kina Wanda z niezwykłym, bajkowym malowidłem nad wejściem. Potem zakręt pod Wawelem i magiczny właśnie widok na zamek. Dwa przystanki dalej plac Wolnica z ciekawym budynkiem byłego Ratusza Kazimierskiego. Za chwilę przejazd nad Wisłą mostem Piłsudskiego z pięknymi metalowymi konstrukcjami. No a potem Podgórze, już mniej ciekawe. Dopiero teraz, w XXI wieku, centrum Podgórza dołącza do magicznego miasta. Dalsze peryferie miasta, już za obecnym Rondem Matecznego były raczej szare i nudne. Ale okolice ronda, dawniej zwykłego skrzyżowania, były jednak ciekawe z powodu pobliskiego zakładu przyrodoleczniczego. Chyba jeszcze rodzice opowiedzieli mi o Antonim Matecznym, który ok. 1900 roku odkrył tutaj źródła wód mineralnych o dużej zawartości siarki. No i pan Mateczny zbudował w tym miejscu zakład kąpielowy. W latach 90. korzystałam z dobrodziejstw tego zakładu. Wydaje mi się niezwykłym fakt powstania nieomal sanatorium na obrzeżach miasta i to w jego przemysłowej dzielnicy.

Magia Krakowa w moim odczuciu jest podzielona na dwa obszary: ten oczywisty związany z architekturą i wysoką kulturą, typową dla naszego miasta i ten prywatny, składający się z drobnych elementów kolekcjonowanych i zapamiętanych w ciągu kilkudziesięciu lat mojego życia i zamieszkiwania w Krakowie.

Do tych pierwszych oprócz Rynku i Wawelu należą np.: Planty; stary budynek mojej uczelni, czyli gmach dawnego schroniska dla chłopców Fundacji Aleksandra Lubomirskiego przy ulicy Rakowickiej 27 oraz malowniczy zalew na Zakrzówku. Natomiast do tych prywatnych zaliczam: zielone okolice mojego rodzinnego osiedla przy ulicy Żywieckiej; niektóre miejsca w podgórskim Parku Bednarskiego, w pobliżu którego było moje liceum; fascynujące widoki na miasto z lotu ptaka oraz pewną ławkę na bulwarach wiślanych.

Jolanta Mirecka
Spacer po Krakowie

Magia Krakowa? Paryża? Rzymu? Torunia? Koluszek? Jak rozumieć magię miasta? Czy magia to zabytki? A może ludzie, którzy tu żyli, żyją? A może to temat na magiczną, piękną baśń, lub horror o czarnej magii, dziejący się w zaduchu starych kamienic, na brudnych podwórkach i w śmierdzących moczem bramach? Czy pisać o Krakowie dla turystów, czy o Krakowie bez szminki? Długo nie wiedziałam jak rozprawić się z tą magią, aż w końcu przypomniał mi się pewien spacer. I właśnie tamten czas, tamte miejsca i ludzie sprawili, że w Krakowie zadziałała magia.

Ubieramy się.
Ona - czerwoną spódnicę w kolorowe kwiaty założona na marszczoną wykrochmaloną halkę, ja - ciemne spodnie.
Ona – wyszywana biała bluzka obszyta koronką, ja – skromna bluzka w drobne paseczki.
Ona – trzy sznurki czerwonych korali, ja – srebrny łańcuszek.
Ona – czarny serdaczek wyszywany cekinami, ja – kolorowy szal.
Ona – wianek z wielobarwnych kwiatów, ja – torebka, a w niej woda i kanapka dla niej.
Ona – moja pięcioletnia wnuczka, krakowianka Maja i ja – jej babcia Jola.

Idziemy na spacer.
Szerokimi bulwarami nad Wisłą idziemy w stronę Wawelu. Świeci wiosenne słońce, Majka biega i podskakuje, ja chłonę każdą chwilę tego magicznego dnia.

Wspinamy się po stromych schodkach na Wawelskie wzgórze. Opowiadam jej, jak tą samą drogą chodzili kiedyś królowie Polski, jeśli w ogóle chodzili piechotą. Zatrzymujemy się przy murach i oglądamy panoramę miast. Majkę bardziej niż historia, interesuje wznoszący się właśnie ogromny balon. Nic to, wiem, że co dziś wsączę do główki, gdzieś tam w podświadomości zostanie.

Idziemy dalej. Pierwszy punkt programu – wieża Sandomierska. Wąskimi, stromymi schodkami wspinamy się wysoko, wysoko i słyszę – Babciu, strasnie jest - i trzeba moją krakowiankę trzymać mocno za rączkę i dodawać otuchy i zatrzymywać na każdym podeście i opowiadając prawdziwe krakowskie historie tak, żeby brzmiały jak bajka. A potem spacer po dziedzińcu. Dla mnie Wawel to magia dla dzisiejszych turystów, magią jest krakowianka Maja.

Roześmiana, ze sterczącymi spod wianka warkoczykami robi furorę. Zamiast zabytkom, ludzie robią zdjęcia Majce. Część robi to ukradkiem, część prosi o pozwolenie na sfotografowania się z maleńką krakowianką. Na dziedzińcu siadamy na schodku obok wejścia do „Damy z Łasiczką”. Tu ponoć wchłania się dobre promienie krakowskiego czakramu. Opowiadamy sobie o księżniczkach biegających po krużgankach, o ich życiu, zabawach, zwyczajach.

Po odpoczynku wędrujemy do katedry. Jej wnętrze robi na Majce ogromne wrażenie. Wspaniałe malowidła, naturalnej wielkości figury zmarłych władców Polski, ołtarze, kwiaty. Dziecko chłonie prawdę jak najwspanialszą bajkę. I tylko arrasy nie robią na niej wrażenia - A dlacego, babciu, one nie są złote i rózowe? - a potem szybciutko do Smoczej Jamy. Długo stoimy w miejscu, gdzie przesączająca się woda kapie na głowy. Teraz i my jesteśmy księżniczkami. I jeszcze do smoka. Taki „strasny, oglomny, i ogniem zimnie! Babciu tzeba się mocno tzymać i pzytulić, zeby nie było strasnie”. No to się trzymamy i przytulamy i już zupełnie nie jest „strasnie”, a nawet jest bardzo miło.

Ulicą Grodzką idziemy na Rynek. Podziwiamy stare kamienice, kościoły. Maja zadziera główkę i słucha hejnału. - A wies, ja wiem dlacego on gla i dlacego tak nagle ulywa - przysiadamy pod pomnikiem Mickiewicza i zajadamy obwarzanki. Obok młodzi ludzie z krakowskiej szkoły aktorskiej śpiewają i tańczą. Majka przytupuje i już po chwili tańczy razem z młodzieżą. Wokół zbiera się tłumek ludzi, którym podoba się mała krakowianka tańcząca na Rynku. Kiedy w końcu odzyskuję moją wnuczkę spełniam jej największe marzenie. Prosimy panią, która powozi dorożką, aby Majka mogła posiedzieć i potrzymać lejce. Nie żeby zaraz jechać, co to, to nie! Bo jechanie też jest „strasne”.

W połowie spaceru dołączyli rodzice Majki. Siedzimy, rozmawiamy, a mojej zmęczonej krakowiance zaczynają zamykać się oczka i wiadomo, że czas do domu. Tata podnosi swoją córeczkę i sadza „na barana”. Oj, czas do domu, czas.

Czas, miejsce i kochający się ludzie. Tego dnia uwierzyłam w magię Krakowa.

Małgorzata Szreniawa-Gut

Epizod I

Koncert Grzegorza Turnaua. Sala wypełniona po brzegi. Gwar rozmów. Czekamy. Bohater wieczoru pojawia się uśmiechnięty, skupiony. Siada do fortepianu. Wchodzą muzycy. Cichnie. Koncert jak marzenie. Czułam, że muzyka mnie unosi i lewituję w odległe przestrzenie. Unosi wszystkich. Pan Grzegorz zaprasza do wspólnego śpiewania. Sala zaczyna nieśmiało, cicho – właściwie mruczymy, ale za chwilę jesteśmy ośmieleni atmosferą współtworzenia i śpiewamy głośniej. Po kilku minutach wydaje się, że śpiewają nie tylko ludzie i instrumenty ale i sprzęty przedmioty, powietrze i wszechświat.

 

Epizod II

Sen

Noc po koncercie Pana Grzegorza. Śnię, że Pan Grzegorz zaprosił mnie do swojego domu. Miejsce znajome w pobliżu Piwnicy pod Baranami. Skąpe światło. Kwitnące rośliny w doniczkach. Przyjaźnie, domowo, ciepło. Rozmawiamy i słuchamy muzyki, to znów w milczeniu patrzymy na nocny, krakowski Rynek. Pan Grzegorz cicho dla mnie gra. Świta. Wchodzi mama Pana Grzegorza – ciemnowłosa czarodziejka. Uśmiecha się, cicho krząta, po chwili podaje posmarowane masłem, jeszcze ciepłe rogaliki i kakao. Pyszne. Wciąż pamiętam ten zapach i smak. Trzeba wyjść do pracy. Żegnamy się i wychodzimy. Jest szaro, palą się jeszcze lampy. Prószy drobny śnieżek. Moja praca to tworzenie witrażowych aniołów i wieszanie ich na ulicznych latarniach wokół Rynku. Chodzę więc i je wieszam, a one tańczą i rzucają refleksy na biały śnieg.

 

Epizod III

Pałacyk „Kryształ” przy ul. Lwowskiej

Dawna fabryka czekolady. Wchodzę przez kutą bramę zacienioną konarami starego klonu. Mały placyk, wokół zabudowania i stary mur. Tutaj mieści się pracownia ceramiczna Basi. Wewnątrz na stołach, półkach, mnóstwo wyczarowanych dłońmi Basi i Przemka figurek, kwiatków, zwierzaków.

Wypalone, poszkliwione i surowe, saute. A wszystkie patrzą na mnie swoimi ukrytymi oczyma i obserwują co robię, a ja też im się przyglądam. Siadam przy piecu, dostaję kawę. Rozmawiamy. Chce się przydać, więc nawlekam wisiorki na sznurki. Vis a’ vis pracowni ma swoją siedzibę teatr Studio Dono. To scena commedia dell' arte. Wchodzę po schodkach. Poznaję twórców teatru, znakomitych aktorów Agnieszkę i Jonathana, a także ich dwie córki. Wiele pytań, opowieści i znowu magiczny świat. Zapisuję się na warsztaty. Gram w przedstawieniu kończącym naukę.

Jadwiga Zgorzelska
Kraków jest świętem

Anne-Marie, którą poznałam podczas pobytu w Szampanii co 2 tygodnie w czwartki rano wyjeżdżała pociągiem z Vitry-leFrançois do Paryża. Te czwartki były dla niej bardzo ważne, naznaczały ciąg szarych, podobnych do siebie dni barwnym punktem. Przed każdym wyjazdem już w poprzedzający czwartek wieczór poświęcała na przygotowania pakując wszystkie potrzebne w podróży rzeczy do specjalnej torebki, nieco większej od tej, której używała na co dzień. Ze względu na swoje gabaryty, torba ta nazywana była vache parisienne - paryska krowa. Jej przeznaczenie było ściśle określone, była używana wyłącznie w paryskie czwartki. O świcie Anne-Marie wyruszała na dworzec, wieczorem wracała zmęczona, ale naładowana pozytywną energią. Mówiła wówczas: C’est toujours la fête quand on arrive à ParisKażda wizyta w Paryżu jest świętem. Nie przypuszczałam wówczas, że ten mechanizm tak bardzo mi się udzieli.

Moim świętem jest wyjazd do Krakowa. Ilekroć wyjeżdżam towarzyszy mi szczególny nastrój. Tak było zawsze. Na szczęście odległość nie przekraczająca 100 km nie jest poważną barierą, mogę sobie świętować dosyć często. Nawet w czasach, kiedy tylko pociągi z Katowic przepełnione i często opóźnione dawały możliwość fizycznego kontaktu z Krakowem, po odbyciu tej podróży i opuszczeniu krakowskiego dworca zbliżając się do ulicy Floriańskiej czułam, jak zaczyna się kilkugodzinne świętowanie. Mijając Barbakan, potem Jamę Michalika docierałam na Rynek, gdzie następowało totalne delektowanie się krakowską atmosferą. Oczywiście zazwyczaj wiązało się z koniecznością załatwienia jakiejś sprawy, niekiedy wystarczył pretekst. Jeśli towarzyszyła mi moja przyjaciółka Maryla, która podczas studiów przez 5 lat tutaj mieszkała, oczekiwałam, że zorganizuje nam te magiczne godziny perfekcyjnie, przecież znała Kraków jak własną kieszeń. Odwiedzałyśmy więc jej ulubione miejsca, była obowiązkowo kawa w Rio, czasem też w Noworolu, śniadanie lub obiad w Hawełce. Wierzyłam, że to najlepsze miejsca, toteż po latach, kiedy zaczęłam eksplorować krakowskie knajpy w towarzystwie mojej córki, usiłowałam ją bezskutecznie przekonać, że te magiczne miejsca nie mają sobie równych.

Te krakowskie wyprawy wiązały się często oczywiście z pracą. A więc Instytut Francuski na św. Jana, gdzie można było zaopatrzyć się w jakiś egzotyczny, bo wydany we Francji podręcznik, czy wypożyczyć film, lub książkę. Zdarzało mi się przyjeżdżać z grupą młodzieży w ramach nagrody za jakieś duże lub mniejsze sukcesy w nauce. Wspólne oglądanie filmu czy teledysków w wersji oryginalnej było bardzo nobilitujące, a możliwość konwersacji z najprawdziwszymi Francuzami utwierdzała uczniów w przekonaniu, że warto uczyć się języka obcego. Były też wyprawy do konsulatu na Stolarską, każdy wyjazd do Francji musiał być przecież poprzedzony uzyskaniem wizy.

Kiedyś zabrałam ze sobą moją 5-letnią wówczas córeczkę. Oczywiście całodzienny rajd po zabytkach Starego Miasta uwieńczony wizytą na Wawelu był męczący, ale też niesłychanie emocjonujący. Na zakończenie moja córka stanowczo stwierdziła: Tu jest tak pięknie, że już zdecydowałam, gdzie będę mieszkać, jak będę duża. Chyba nie masz nic przeciwko temu, że przeprowadzę się do Krakowa, możesz mnie tu przecież odwiedzać. Były to prorocze słowa, chociaż brzmiały wówczas jak fantastyczny pomysł pięcioletniego dziecka.

Tak było dawniej, 20, 30 lat temu. Z czasem do Krakowa było jakby coraz bliżej. Szybszy, łatwiejszy dojazd no i w 96 roku moja córka zaczęła realizować swoje dziecięce marzenie. Rozpoczęła studia w Krakowie i na Śląsk już nie wróciła. Stała się moim przewodnikiem po coraz bardziej oswojonym mieście.

Przypomina mi się stara piosenka Josephine Baker J’ai deux amours, mon pays et Paris - Mam dwie miłości, mój kraj i Paryż. I znowu parafrazując, Kraków stał się moją miłością, która wzmocniła się wiosną ubiegłego roku, kiedy krakowskie świętowanie zostało wzbogacone o coraz bardziej ciekawe i twórcze spotkania w Willi Decjusza. Ich współuczestnicy stali się częścią tej miłości.

Dziękuję wam, jesteście moim świętem.

Elżbieta Boroń
MAGICZNY KRAKÓW – na czym polega piękno i urok Krakowa w moim odczuciu

Kilka dni temu w lokalnej prasie ukazał się duży, poparty „mocnymi” zdjęciami artykuł o naszym mieście.

Tytuł „Gorączka sobotniej nocy” i podtytuł „Weekend: Alkohol, półnadzy Anglicy i głośna muzyka. Tak się bawi Kraków”. Słyszymy o tym zjawisku i to w centrum naszego miasta już od lat. Można się zastanowić, czy to przejściowe, czy to znak czasu. Dla mnie to margines – bo Kraków jest miastem niezwykłym, które nawet ze swoimi wadami jest jedyne i wyjątkowe. Już setki lat temu pisano: Cracovia – urbs celeberrima, bo Kraków zawsze przyciągał ludzi zdolnych, dzielnych, sławnych i oryginalnych. Początkowo jako stolica państwa, siedziba dworu królewskiego i pierwszej wyższej uczelni, później jako największy zespół zabytków - to miasto stworzyło własny, niepowtarzalny klimat, stało się symbolem polskości, polskiej kultury, nauki i sztuki. Prawie każdy polski twórca – pisarz czy poeta – miał związki z Krakowem. Często tylko po śmierci -jak Słowacki i Mickiewicz – są na Wawelu, jest pomnik i Aleja Trzech Wieszczów. I na tym, moim zdaniem, polega magia Krakowa, że niemal wszyscy wybitni ludzie o wielkich osobowościach kultywują to, co przez wieki działo się w mieście. To w Collegium Maius swojego Nobla zostawiła Szymborska i Miłosz, a Wajda Oscara. Paderewski przekazał Uniwersytetowi Jagiellońskiemu sporą sumę, nie wspominając o ufundowaniu Pomnika Grunwaldzkiego. Nie sposób wymienić wszystkich znanych Polaków, którzy tu dorastali, np. J. Conrad Korzeniowski, lub tworzyli w Krakowie jak Matejko, Malczewski, Wyspiański, Kossakowie, Modrzejewska. Piłsudski tu tworzył Legiony, a po śmierci spoczął na Wawelu.

Mieszkańcy Krakowa często oceniani są jako wierni tradycji konserwatyści, czasem jako „centusie”. Oni są po prostu oszczędni, ostrożni i rozważni w postępowaniu. Ta mentalność kształtowała się przez wieki, co pozwoliło im zachować dziedzictwo narodu i piękno miasta. Klimaty krakowskie wspaniale uchwycił w swej poezji K. I. Gałczyński; dla niego nie tylko Kraków, ale dorożka i koń były zaczarowane. Hasający Lajkonik co roku, Bractwo Kurkowe, które działa od niemal 700 lat, wianki na Wiśle, parada smoków, parada jamników dodają uroku i magii miastu. Można tak długo wymieniać: „Szalom na Szerokiej” to też krakowska specjalność, tak jak „Reality shopka szoł” w Grotesce, kabaret Piwnica pod Baranami, która nadal działa i ma się dobrze, jubileusze w Teatrze Stu, Salon Poezji Anny Dymnej i Lekcje Śpiewania na Rynku, które już inne miasta na czele z Warszawą naśladują. Nie można nie wspomnieć osoby papieża – Polaka – Jana Pawła Wielkiego, to dzięki Niemu Kraków stał się miastem papieskim.

Podsumowując: magię Krakowa tworzy nie tylko jeden z najcenniejszych zespołów urbanistyczno-architektonicznych na świecie, ale duchowe bogactwo, które tworzą tutaj przez wieki i współcześnie - ludzie twórczy, zdolni i kreatywni.

A pijani i półnadzy Anglicy , którzy psują opinię Krakowa, niedługo pewnie przeniosą się do innego miasta (podobno wcześniej awanturowali się w Pradze). Więc tylko bądźmy cierpliwi!!!

Barbara Waksmańska

Kraków jest miejscem magicznym, ale jego magia zamyka się w obrębie plant. Dalej nie sięga. Ulatuje jak sen jakiś złoty...
Kazimierz, uchodzący za miejsce klimatyczne ma swój urok, ale jest nabzdyczony i pretensjonalny.

A tu, urokliwe autentycznie, bez zadęcia, uliczki, zaułki, hejnał z Wieży Mariackiej, Sukiennice, kwiaciarki, gołębie (z którymi zdjęcie musiało mieć każde dziecko,śpiewak uliczny, grajek uliczny, „Biała Dama”, tudzież inni również bez ruchu. Kramy, jarmarki okazjonalne, Piwnica Pod Baranami, Loch Camelot, Jama Michalika, galeria obrazów na murze obok Bramy Floriańskiej. Ogródki na Rynku, gwar wszechogarniający, a jednocześnie pozwalający przystanąć, usiąść przy piwie, odizolować się i pomyśleć o sprawach mniej lub bardziej zasadniczych. Czas płynie wolno. Sukiennice stoją jak stały, Wieża Ratuszowa także samo, Kościół Mariacki i tylko hejnał z Wieży Mariackiej popędza na chwilę... Jest sielsko, anielsko...

Dysonansem są białe powozy, które swym dostojeństwem i elegancją jakąś austriacką, miały chyba wpisywać się w koloryt miasta. Dla mnie to dysonans. Kraków swą magię zawdzięcza przecież również pewnego rodzaju staroświeckości i przywiązaniu do tradycji. Tęsknię za dorożkami, z których przynajmniej jedna była zaczarowana na bank! Oczywiście razem z dorożkarzem i koniem...

A wieczór w Krakowie? Ach... Skrzący, migotliwy, bałamutny, odurzający, obiecujący uszczknięcie tajemnicy, a z Wieży Mariackiej... światłem prószy... Ach...

Barbara Myszkowska

Noszę trzy miasta w sercu: przedwojenny Lwów, pogodny, życzliwy ludziom Wrocław i królewskie miasto Kraków. Często zastanawiam się: czy miasto jest dla ludzi, czy ludzie są dla miasta. Zapewne oddziaływania są wzajemne, a naruszanie tej równowagi zaburza komfort egzystencji. Kraków, który w czasach powojennych i PRL-u był pod każdym względem, obecnie pięknieje, kwitnie i rozbudowuje się. Zaczyna nabierać cech miasta europejskiego, licznie odwiedzanego przez turystów z całego świata. Tak, lubię swoje miasto, za piękny, dostojny Wawel, za rozległy Rynek pełny kawiarenek pod parasolami, za targi, choć i tłoczno, i huczno czasami.

Jak twierdzą przyjezdni, miasto jest niepowtarzalne i ma swoistą atmosferę. Osobiście takową niepowtarzalność dostrzegam w krakowskich zaułkach Starego Miasta, Kazimierza i Podgórza. Pięknym zaułkiem z ulicy Senackiej, tuż obok traktu królewskiego, przejdziemy aż do Poczty Głównej. Ulica cicha, kilka dobrych restauracyjek, galeria sztuki Janiny Górki-Czarneckiej i Kościół św. Józefa wklinowany w zakręconą część ulicy. Dalej na plantach jest Ogród Archeologiczny i Muzeum z widokiem na Seminarium Duchowne, dach namiotowy Domu Długosza i Królewski Wawel. Ukochane Planty, gdzie w dzieciństwie jeździłam na hulajnodze, bawiłam się w ”klasy” - zawsze mnie rozczulają. Vis a’ vis uniwersytetu, w latach jeszcze 60. była piaskownica dla dzieciaków - bawiłam się w niej w latach 50. Wspomnę jeszcze zaułek wychodzący z Placu Szczepańskiego - ulicę Reformacką z Kościołem OO. Reformatów, rozwidlającą się w dwóch kierunkach - i do Plant, i do ul. Sławkowskiej. Ten i inne zaułki Krakowa swoją urodą wzbogacają miasto. Atmosferę miasta tworzy nie tylko architektura, Planty, liczne kościoły czy muzea, tworzą ją przede wszystkim ludzie. Najbardziej cieszę się, że Kraków został ogłoszony Miastem Literatury, a bez festiwalu filmowego KFF, festiwalu muzyki filmowej, czy też bogatego w wydarzenia literackie festiwalu conradowskiego – miasta sobie nie wyobrażam. Bogactwo wydarzeń, spotkań, wykładów, różnego typu eventów, czyni miastem otwartym, dostępnym dla każdego, bez względu na wiek, czy zainteresowania.                                        

W Krakowie istnieje tez rozsądna sieć komunikacyjna pomiędzy dzielnicami, zwłaszcza tymi, które kiedyś miały osobne prawa miejskie, a mianowicie: Kleparz, Kazimierz, Podgórze i Nowa Huta. Cieszy też fakt powstania hali sportowo-imprezowej „Arena”. Teraz będziemy organizatorami dużych imprez i zawodów sportowych. Nowo otwierany obiekt vis a’ vis Wawelu - Centrum Kongresowe, nadaje miastu europejskiej rangi. Również Cricoteka T. Kantora, awangardowego twórcy, malarza, teoretyka sztuki, scenografa i reżysera po wielu latach uzyskała godne miejsce na ul. Nadwiślańskiej. Współczesny Kraków może też pochwalić się niezwykle atrakcyjnym obiektem na ul. Rajskiej - Małopolskim Ogrodem Sztuk, gdzie rdzeniem działalności są sztuki teatralne, arteteka - mediateka artystyczna i wychowanie przez sztukę. Obiekt ów ze względu na innowacyjne rozwiązanie kilkakrotnie otrzymał prestiżowe nagrody, w tym amerykańską nagrodę z portalu architektonicznego, w którym brało udział 150 tys. internautów.

Kraków jest miastem atrakcyjnym oraz bardziej zadbanym, otwartym dla innych, również usiłuje w obecnej dobie zadbać o jej mieszkańców. O tym świadczy chociażby fakt, że mieszkańcy poszczególnych dzielnic wzięli aktywny udział w ustalaniu potrzeb i budżetu tych dzielnic.

Komentarze

Magical Krakow is a mesmerizing place, full of history and charm, much like the thrilling experience of playing Whiteout Survival Mod Menu. Just as Krakow enchants visitors with its medieval beauty, this mod menu enhances gameplay by unlocking hidden potentials, making survival even more immersive and strategic!
Visit:https://whiteoutsurvivalmdapk.com/

Strony

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
17 + 2 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.