Wakacyjne impresje

SAGOWICZE nie próżnują nawet w wakacje. W czasie sierpniowego spotkania Klubu SAGI wzięli na literacki warsztat temat wymarzonych, ale niespełnionych wakacji. Gorąco polecamy ich teksty, które powstały w czasie warsztatów.

Anna Marek
Moja wymarzona podróż

Podróż jest mirażem. Zlepkiem marzeń, przeczytanych książek i snów. Oczekiwaniem tego, co ukaże się za widnokręgiem, a chociażby za rogiem, co umyka i zostawia niedosyt. Jest ruchem , zmieniającym się obrazem świata w  oknie pociągu. Jest pobudzeniem naszego ciała do wędrówki, napina nasze mięśnie, wyostrza zmysły. Jest  zrzuceniem  z barków wygodnego przytulnego okrycia i wystawieniem naszej skóry na słońce, wiatr i razy. Jest też wędrówką w przeszłość, w historię. Najlepiej podróżować pociągiem, ot jak chociażby tym z dzieciństwa, który  niespiesznie wspinał się na św Krzyż - wąskotorówka z kilkoma zaledwie wagonami tocząca się przez Puszczę  Świętokrzyską. Podróżni wysiadali, przy torach zbierali w pośpiechu  grzyby, żeby jeszcze zdążyć wsiąść do niej i kontynuować podróż. Rozsiąść się znów wygodnie, zamknąć oczy pozwalając sobie na refleksję i rozkoszowanie się chwilą.

Moje niespełnione wakacje to podróż w którą ruszyłabym na Sycylię, przez półwysep Apeniński, pociągami, niespiesznie, wysiadając co i raz po drodze . U schyłku lata, kiedy kruche trawy brązowieją w słońcu, a nad wzgórzami Kalabrii unosi się zapach ziół i kołysze dziki koper na wietrze, a wszystko spowija mgiełka upału.

Guy Maupassant napisał „Jeżeli ktoś chciałby spędzić  jeden dzień na Sycylii i pytałby, co należy tam zobaczyć, odpowiedziałbym bez wahania: Taorominę  To tylko pejzaż, ale pejzaż w którym można znaleźć wszystko, co wydaje się stworzone na ziemi, by uwieść oczy, umysł i wyobraźnię”. Tak mówił o teatrze greckim w, którym widzowie za dekoracje mieli morze Jońskie, szczyty Monte Tauro i Picco di Mola  i Etnę złowrogo pyszniącą się na horyzoncie przed nimi. Ta wyspa żyje w cieniu śmierci, pogrążona w letargu. „Na Sycylii nie ma znaczenia, czy robi się źle, czy dobrze: grzech, którego my, Sycylijczycy nie wybaczamy nigdy, to po prostu to, że się w ogóle coś robi. Jesteśmy starzy, panie Chevalley, bardzo starzy. Co najmniej od dwudziestu pięciu wieków nosimy na barkach ciężar obcych nam cywilizacji. Wszystkie one pochodziły z zewnątrz, żadna nie była przez nas poczęta, żadnej nie daliśmy własnej nazwy [….]od dwóch tysięcy pięćset  lat jesteśmy kolonią.[…]Jesteśmy zmęczeni i wyczerpani” - mówił w „Lamparcie” Lampedusy, książę. Śmierć i okrucieństwo, tak opisuje w swojej książce „Sycylijski mrok” Peter Robb  historię, obyczaje ale  i piętnastowieczny obraz  z lazaretu w Palermo, „Tryumf  Śmierci” . „Ukazuje Śmierć na koniu atakującą grupę pięknych młodych ludzi. Paru królów i prałatów już nie żyje, sterta ciał leży pośrodku namalowanej sceny. Atak przetrwali biedacy i kaleki stojący po lewej stronie sceny i zerkający na kostuchę. Kształty nacierającego konia są geometryczne, alegoryczne i uproszczone, abstrakcyjne. Drzemie w nim jednak energia rozdętych nozdrzy, odwołująca  się do szkaradniejszej  rzeczywistości niż realia pięknych i bogatych.” A tak opisał w 1757 roku, mattanza - brutalny  rytuał połowu  tuńczyków - na zachodnim wybrzeżu Sycylii niedaleko Palermo markiz Villabianca, kiedy to wiosną u brzegów Sycylii na ławice tuńczyka przypływające tu na tarło czekali z wielkimi sieciami rybacy. Te ” Mają ściany, kolumny i  więźby tworzące podwodne atrium, które na lądzie przerodziło by się w cudowny pałac. Ów podmorski dom składa się z czterech sal. Pierwsza z nich  zwie się przez wzgląd na swój kształt Kwadratową. To przez jej drzwi, główne wrota tonnara tuńczyki wpływają do środka. Czynią to chętnie, nieświadome podstępu, jaki szykują im ludzie w tym zmyślnym labiryncie. Sala przechodzi w następną zwaną Małą. Ta łączy się z trzecią, której wejście zwą przesmykiem, gdyż tworzy go długa sieć. Na koniec czwarta, zwana Salą Śmierci, gdzie uroczyście padają ofiary. Wtedy  „[…] rybacy ubrani w liberie tonnara za pomocą kołowrotków unoszą sieć nad powierzchnię wody i rzucają się na ryby niczym wataha wygłodniałych wilków, ciskając w nie ostrymi włóczniami i harpunami. W ten sposób, dokonując istnej rzezi, odbierając im życie .” Współczesny Giovanni Falcone, mówiąc o zadusznych marcepanowych prezentach konstatuje: „ Kultura śmierci nie jest zjawiskiem  typowym wyłącznie dla mafii Jest nią przesiąknięta cała Sycylia. Zaduszki to dla nas wielkie święto. Dajemy wtedy słodycze z twardego jak kamień cukru, zwane główkami śmierci. Samotność, pesymizm i śmierć to główne wątki naszej literatury, od Pirandella po Sciascię.”  Tak inni opisują cel mojej podróży. To połączenie cudowności świata i okrucieństwa śmierci uwodzi.

Guy de Maupassant – Wspomnienia z sycylijskiej podróży – za Jerzy Ciechanowicz, Wędrówki śródziemnomorskie. Państwowy Instytut Wydawniczy 1999

Lampedusa Giuseppe Tomasi di  Il Gattopardo, Milano 1992 za – Peter Pobb Sycylijski mrok. Wydawnictwo czarne, Wołowiec 20013

Anna Okrzesik
Moje niespełnione, wymarzone wakacje

Serce wzięło górę nad rozsądkiem. Wydałam ostatnie oszczędności, żeby kupić ten bilet.

Z resztą, rezerwacje zrobiłam już dwa lata temu, ale kolejka chętnych do podróży sprawiła, że czas oczekiwania znacznie się wydłużył, a na bilet od konika po prostu nie mogłam sobie pozwolić. W końcu 15 000 dolarów za dwa dni wakacji  to kawał grosza, ale podróż w czasie warta jest wszystkie pieniądze.

Nawet nie bardzo było wiadomo jak się do niej przygotować. Organizatorzy zapewniali, że nic nam nie będzie potrzebne poza jakimś ponadczasowym ubraniem i ze wszędzie gdzie się udamy czekać na nas będzie specjalny wysłannik z biura i zabezpieczy nam wikt i wszystkie atrakcje. Ba, łatwo powiedzieć – strój ponadczasowy… Jak to ma wyglądać? Postawiłam na proste w kroju spodnie, mokasyny i flanelową koszulę. Niech się dzieje co chce, najwyżej coś stosownego kupię na miejscu.

A miejsc mogłam wybrać tylko cztery. Po dwa na każdy dzień. To chyba najbardziej mnie stresowało. Tyle możliwości, tyle tysięcy lat historii, tyle krajów i krain, a ja muszę dokonać wyboru…

W końcu nadszedł długo wyczekiwany moment. Stawiłam się na się czasodromie punktualnie o 7 rano. Była tam już jakaś pani z biura w celu podpisania klauzuli, że na pewno wiem co robię (znaczy, że  stan mojego umysłu od czasu podpisywania umowy jest wciąż stabilny) i że podróżuję na własną odpowiedzialność, oraz kilku facetów z obsługi technicznej.

Wsadzili mnie do maszyny, na ekranie pojawiły się wybrane przeze mnie miejsca z datami, a przy nich zielone i czerwone przyciski. Zielone – leć, czerwone – przerwij i zmień na następne.

Kiedy drzwi kabiny zamknęły się z cichym trzaskiem, serce biło mi jak oszalałe. No i się zaczęło. Pierwszy przycisk – Londyn 1298 rok. Huknęło, grzmotnęło a w moim wehikule zrobiło się ciemno. Drzwi się otworzyły i wyszłam na zewnątrz. Zmierzch, prawie noc, a na ulicy gwar i ogólna wesołość. Bruk co prawda koślawy, ale podpity obdarty tłumek tańczy rozradowany, trzymając w rękach cynowe kubki. Wszyscy poruszają się w jednym kierunku, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Dołączyłam wiec do tego dziwnego korowodu, ktoś podał mi kielich i tak dobrnęliśmy wąskimi, krętymi uliczkami, przeskakując pełne ekskrementów rynsztoki do celu. Nagle zrozumiałam gdzie jesteśmy. Przed moimi oczami właśnie wyrósł ogromny, majestatyczny gmach Pałacu Westminsterskiego. Wśród popiskiwania przerażonych, szukających schronienia szczurów i rubasznego śmiechu podpitych mieszkańców, zrozumiałam, że oto skończono budowę Pałacu i król zdecydował przenieść się z całym dworem z Menchesteru, dotychczasowej stolicy Anglii do Londynu,  który odtąd stolicą się stanie. Wybrałam zaiste epokowy moment. Zaczęłam się nawet z tą radosną gawiedzią zaprzyjaźniać w pobliskiej karczmie, ale karczmarz (jak się okazało mój stróż i wysłannik biura) pokazał mi znany już tylko w naszych czasach znak T – czas, co było jasnym sygnałem,  że czas się zwijać.

Maszyna stała tuż za rogiem, więc mocno podekscytowana wskoczyłam do niej naciskając kolejny zielony przycisk. Paryż 31 marca 1889 roku. Otwarcie wystawy światowej ówczesnych osiągnięć techniki. Bileter właśnie przepuszcza mnie przez bramkę, a za mną, przede mną rozgorączkowani Paryżanie zajadle dyskutują nad tą potworną, nad wszystkim górującą stalową budowlą. To ona wzbudza tyle emocji. Jedni podziwiają konstrukcję, drudzy, w przeważającej większości domagają się natychmiastowej rozbiórki. Sama jestem zaskoczona, jak doskonale rozumiem francuski. Nagle, koło mnie trzech nienagannie ubranych dżentelmenów zaczyna mówić mocno podniesionym głosem. To pan Eiffel ze swoimi projektantami Maurycym Koechlinem i Emilem Nouguierem kłócą się o prawa autorskie. Jeszcze w 1884 roku zgłosili i zarejestrowali patent. Jeszcze w tym samym roku Eiffel odkupił prawa autorskie wraz z prawami własności intelektualnej od swoich pracowników. Tym samym, z formalnego punktu widzenia, stał się jedynym autorem wieży, którą nazwano jego imieniem. Tak, to ciekawe, ale jeszcze muszę zobaczyć ulice Paryża, wchłonąć jego atmosferę przed dalszą podróżą.

Dzień następny przeznaczam na odpoczynek. Wileńszczyzna lato 1912. W majątku mojej prababki Aleksandry Rosso Romanowskiej. Tej samej, której pradziadek oddał ze swojego majątku w 1769 10 ha ziemi pod założenie cmentarza, dzisiaj znanego od jego nazwiska.

Jakoś nikt się nie dziwi, że przyjechałam. Wehikuł na wszelki wypadek stoi pod lasem, a ja na piechotę zasuwam w moich mokasynkach na przełaj. Wszyscy siedzą w ogrodzie. Sierpniowy upał od kilku dni daje się we znaki. W cieniu rozłożystych drzew rodzina pije popołudniową herbatę. Na stole pyszni się okazały mosiężny samowar, na paterach ciasteczka i konfitura z wiśni. W powietrzu krążą leniwie motyle i kilka nieznośnych much. Kiedy przysiadłam na brzegu drewnianej ławki, babka tylko po wymownym zlustrowaniu mnie z góry na dół stwierdziła, że zaczęłam ubierać się jak chłopak od krów i może powinnam się przebrać jak siadam do podwieczorku. Reszta nie miała siły nawet podnieść głowy. Boże, jak tam było nudno. Pod pretekstem zmiany odzienia, zwiałam czym prędzej do mojej maszyny. A miałam tam odpocząć!

Ostatni przystanek – z przytupem – Grunwald 1410. O jasny gwint! Nie tu miałam lądować. Właśnie mój wehikuł został zauważony przez dwóch rycerzy na bardzo rączych koniach. Zawrócili i szarżują prosto na mnie! Ratunku! Gdzie ten czerwony przycisk?! Jest!  Natychmiast do domu!

No, i takie to były wakacje…

Anna Pawlus
Moje wymarzone niespełnione wakacje

Jeszcze nie spełnione wakacje chciałabym spędzić na Islandii. Kąpać się w gorących źródłach, zobaczyć dziką przyrodę. puste tereny i dziwny krajobraz.

Marzę, żeby odwiedzić Japonię. zwiedzać stare Kioto, tamtejsze piękne ogrody i oczywiście Złoty Pawilon.

Również niespełnione wakacje to pobyt w Nowym Jorku, na Manhattanie. Chciałabym zobaczyć uliczki znane z filmów Woody'ego Allena czy innych amerykańskich seriali. Wypić kubek amerykańskiej kawy na Times Square.

Marze tez , żeby pojechać nad Bajkał. Są to tereny oddalone od cywilizacji Tam woda jest przezroczysta nawet do 40 metrów. Chciałabym w niej pływać. Spędzić na jeziorem jakiś czas, mieszkać w drewnianej chacie pomalowanej na niebiesko z zielonymi okiennicami. Spotykać w lesie, w tajdze- sarny, jelenie, dziki, niedźwiedzie, wiewiórki, sobole, rosomaki, lisy, renifery, łosie, rysie, łasice, piżmaki, zające,, a białe foki w jeziorze. Ale najbardziej zależy mi, żeby poznać osobiście każdego z 340 syberyjskich tygrysów. Pogłaskać je i przytulić.

Jolanta Mirecka
Egipski kot

Ile ja mogłam mieć wtedy lat? Pięć? Sześć?  Nie pamiętam.

Pamiętam tylko tego kota. Wysmukły, czarny, tajemniczy. Siedział na komodzie i wodził za mną zielonymi oczami. Na kolorowej obróżce zawieszone miał jakieś dziwne talizmany.

Podoba ci się? Zapytała ciocia Danusia, kiedy żonglując szklankami z czarną jak smoła kawą przechodziła obok mnie.

Czy mi się podobał? Oj, podobał mi się, podobał mi się tak bardzo, że do dzisiaj jest symbolem mojego niespełnionego marzenia.

Kiedy podrosłam i nauczyłam się czytać, dowiedziałam się, że tajemniczy kot mojej ciotki to kot egipski. Od tej pory moim największym pragnieniem był wyjazd do Egiptu. Czytałam wszystkie dostępne książki, przewodniki, oglądałam filmy, jednym słowem solidnie przygotowywałam się i opracowywałam plan wyprawy.  Wierzyłam, że Egipt to moje przeznaczenie.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kiedy ja czegoś bardzo chcę, to to na pewno się nie spełni.

I tak najpierw jak ta durna, zakochałam się i moje marzenia zdryfowały w zupełnie inną stronę. Kiedy urodziłam syna utknęłam w piaskownicy, a szczytem wakacyjnych planów był wyjazd nad polskie morze. Potem wybuchł stan wojenny i straciłam nadzieję na paszport. Następnie wyjechaliśmy do RPA i było tyle egzotyki w zasięgu ręki, że o Egipcie chwilowo nie myślałam. Po przeprowadzce do Kataru znowu  odważyłam się zamarzyć. Jako że nigdy nie interesowały mnie wyjazdy do kurortów i wylegiwanie się nad basenami, poszperałam i znalazłam rejs statkiem, który pozwalał na spełnienie moich planów. Kupiłam bilety spakowałam walizkę i nagle, te dwa samoloty, które gdzieś tam daleko w Ameryce wrąbały się - ech, szkoda słów. Rejs skasowano, a loty zawieszono. 

Mieszkając w Omanie poznałam Egipcjankę Fatmę. Opowiedziałam jej o moim marzeniu. Zaprosiła nas do siebie. Mieliśmy razem pojeździć i zobaczyć wszystko to, co od tylu lat miałam zaplanowane. Wystarczyło wsiąść w samolot i … No właśnie to małe „i”. W Egipcie zaczęły się zamieszki. Zrobiło się niebezpiecznie i nasza podróż została odłożona na bliżej nieokreślony czas. Mój wymarzony Egipt widocznie nie jest mi pisany.

Kilka dni temu zadzwoniłam do mojej cioci Danusi i zapytałam, co się stało z jej pięknym egipskim kotem, który stał u niej na komodzie.

Egipski kot? Ja miałam egipskiego kota? Zdziwiła się bardzo.  Coś ci się chyba pomyliło. Ale czekaj, czekaj, już sobie przypomniałam. Miałam kiedyś taką drewnianą figurkę czarnego kota. Kupiłam go chyba w Międzyzdrojach na wczasach, ale jakoś tak szybko zeszła z niego farba i wszyscy mówili, że czarny, że na pewno przynosi pecha, więc gdzieś go wyrzuciłam czy też dałam komuś - już nie pamiętam. Że też ty go pamiętasz. Byłaś wtedy taka mała.

Antoni Niedziałkowski
Wymarzone, niespełnione wakacje

No wreszcie wyjeżdżam. Wszystko załatwiłem co było do załatwienia. Samochód zapakowany. Prezenty dla Staszka zabrane. Mogę jechać. Jeszcze wczoraj rano rozważałem przełożenie terminu wyjazdu, ale Staszek nie chciał o tym słyszeć. Powiedział, że wszystko ma załatwione i niczego nie będzie tym razem odwoływał. Pojutrze wyjeżdżamy razem do Tajlandii na wycieczkę kupioną przez niego w niemieckim biurze podróży, za niewielkie jak na polskie ceny pieniądze. Nie dziwię się jego oburzeniu. W końcu już od trzech lat wyjeżdżamy na tę naszą wyprawę życia, która jak dotąd nie dochodziła do skutku z mojej przyczyny. Ostatnio Staszek powiedział mi, że powinienem się poważnie zastanowić nad sobą i swoim życiem, którego praktycznie nie mam. Tylko praca, sen i praca. Ma rację. Ostatnio nawet praca przestała mnie cieszyć. Po powrocie muszę coś z tym zrobić. Chyba poszukam innego zajęcia. Odnowię stare kontakty ze znajomymi, które zaniedbałem. No i dobrze. Wiem już czym zajmę się po powrocie, a teraz koniec marzeń. Zaczęło lać, jest ślisko, a do Berlina jeszcze kawał drogi. Coś za blisko jestem tego TIR-a, muszę zwolnić i zwiększyć odstęp. Co on robi, tańczy na szosie. Staje w poprzek. O Boże, nie zdążę, nie ma gdzie uciec. Nieeeeeeeeee!

Potężne uderzenie, łomot, przejmujący ból i cisza. Z oddali słychać tylko jakieś śpiewy. Idę po łące pięknej, zielonej, miękkiej, pokrytej rosą kojącą stopy. Wokół aż po horyzont błękit. Przede mną powiększająca się, migocąca biała plama, idę ku niej coraz szybciej, ogarnia mnie niewysłowione szczęście, spokój i przedziwna błogość. Nagle ból przeszywający całe ciało. Czerń, czerwień i ostre jasne światło i jakiś głos mówiący- „ No mamy go z powrotem” i pytający, czy pan mnie słyszy panie Jurku? Pewnie że słyszę do cholery, choć wolałbym nie słyszeć. Słyszę ten głos, widzę twarz pochylającą się nade mną. Nic nie rozumiem, nie pamiętam.  Nie czuję rąk, ani nóg. Nie ma mnie.

O Boże, to ten TIR przede mną!

Marek Walawender
Moje wymarzone niespełnione wakacje

Wakacje, to stan umysłu.

Aa! To może, najpierw zdefiniujmy podstawowe terminy.

Urlop, to czas wolny od pracy, przeznaczony przeważnie na odpoczynek.

Wczasy, to zorganizowane formy urlopowe, a dawniej wywczas, czyli wypoczynek w zmienionym środowisku, otoczeniu, klimacie.

Ferie, to wypoczynek powiązany z świętami (obrzędami) religijnymi.

I wakacje, to obecnie najczęściej okres wolny od nauki szkolnej, a dawniej to, przenoszenie się, przeważnie w okresie letnim, raczej na dłuższy, niż krótki czas, do letniej rezydencji.

To co z tym stanem umysłu?

Szkolne wakacje to jest pikuś. Moi rodzice mają wakacje. Od kilkunastu lat wyjeżdżają z miasta na 4 do 5-ciu ciepłych miesięcy do domku w lesie. Mam nadzieję, że gdy się jeszcze bardziej zestarzeję, to też będę miał takie wakacje, czyli letnie miesiące będę spędzał poza miastem. Takie spełnienie jest jak najbardziej aktualne, wciąż przede mną. Zaliczyłem zupełnie inne niespełnienie, z którym już nic nie mogę zrobić. Dotyczy ono, nie tyle wakacji, co stylu, sposobu spędzania wolnego czasu. Bardzo chciałem z moimi synami jak najczęściej wyjeżdżać za miasto, niekoniecznie na wakacje, ale na krótkie, okazyjne wypady. Wejść na jakąś górę, przejść jakimś szlakiem, wejść gdzieś w dzikie ostępy, spać w schronisku, pod namiotem lub nawet pod chmurką. To był taki mój sposób na męski związek emocjonalny z synami; wspólny wysiłek, zmęczenie, czasem potrzebna pomocna dłoń. Nie wyszło. Czas wolności i transformacji spowodował, że samemu trzeba się było troszczyć o pracę, finanse i czas wyparował. Brakowało wolnych weekendów, dni, okazało się, że przez kilka kolejnych lat nie ma urlopu. Malutko wspólnych wyjazdów. Bezpowrotnie przepadło i się nie wróci i właściwie niczym nie da się spowodowanego tym niespełnieniem żalu ukoić. Synowie chodzą na piesze wycieczki, wyjeżdżą, wspinają się, jeżdżą na rowerze, jeżdżą konno, pływają, żeglują. Raczej beze mnie. Ale jednak udało się im pewien styl przekazać. Może kiedyś, to długo jeszcze będzie realne, wezmą mnie ze sobą i przewiozą żaglówką po Morzu Śródziemnym, taka odyseja, żebym się poczuł jak Odyseusz i żebym zapomniał o żalu i niespełnieniu z tego okresu, gdy dojrzewali a ja nie dałem rady zrobić z nimi, tego co chciałem. Każdy ma swoją Itakę.

Bożena Bertman
Moje wymarzone niespełnione wakacje

Czy wymarzone-no nie. Ale miała to być niecodzienna w czasach mojej młodości okazja żeby mieć komfortowe zagraniczne wakacje. Czemu przerodziła się w niespełnienie a nawet koszmar?

Rok 1962. Jestem na II roku studiów. W grupie seminaryjnej jest ze mną Polka mieszkająca w NRD.W przypadkowych rozmowach Krystyna wzbudza moje zainteresowanie życiem w swoim kraju, zachęca od tego by go odwiedzić. Ponieważ oficjalna wymiana dewizowa to nędzne grosze proponuje bezpieczną transakcję: my/ja i mój chłopak/damy jej w Krakowie złotówki, ona w Lipsku gdzie mieszka da nam równowartość w markach. Czemu nie? Oszczędzamy każdy grosz, żeby w czasie pierwszej  zagranicznej wyprawy mieć luz finansowy , jak najwięcej zobaczyć, przeżyć. Dokładnie układamy plan, korzystne jest to, że Krystyna zaznacza iż możemy mieszkać w domu jej ojca, profesora akademickiego. Zaznacza, że pokaże nam ciekawe miejsca w Niemczech.

Nareszcie wyjazd-ale na stacji w Lipsku nikt na nas nie czeka. Taksówką na podany adres-otwiera zaspana, choć już południe. Nie tłumaczy swej nieobecności na stacji, tylko  komunikuje, że w jej domu nie możemy się zatrzymać bo nocuje tam właśnie kuzyn. W związku z tym pomaga nam znaleźć kwaterę. Okazuje się, że jest ona położona na obrzeżach Lipska. Właściciele to niemieccy Polacy, którzy na wstępie polecają nam, abyśmy nie otwierali pokoju i nie mówili po polsku jak ktoś ich odwiedzi. Ukrywają swoją polskość, za to dokładnie sprawdzają zawartość naszych bagaży w czasie naszej nieobecności.

Od Krystyny dostajemy ułamek wymiany, gdyż jak twierdzi nie dostała wypłaty za pracę na Targach Lipskich.

Aby powstrzymać się od drobiazgowej relacji powiem tylko ,że musieliśmy znacząco skrócić te wakacje, bo nie odzyskaliśmy ani połowy pieniędzy. Krystyna nic nam nie pokazała, a my niby z wdzięczności zaprosiliśmy ją na wystawną kolację pożegnalną. To miała być ironiczna zemsta. Czy trafiona?  Wątpię. Chcieliśmy pokazać, że jesteśmy ponad to chamstwo, oszukaństwo, dno moralne.

Do końca studiów byłam od Krystyny daleko, nigdy nie powiedziałam jej co o niej myślę i nie upomniałam się o zaległe pieniądze. Miałam bolesną nauczkę, żeby nie każdego obdarzać zaufaniem. Na szczęście podobna wpadka już mi się nie przydarzyła.

Elżbieta Boroń
Moje wymarzone, niespełnione wakacje

Wymarzone wakacje planowałam całkiem niedawno. Miało być pięknie, relaksowo i pełny luz, czyli odpoczynek od codzienności dwu starszych pań – przyjaciółek z liceum. Mimo, że utrzymywałyśmy stały kontakt tel.  /ona od matury w Warszawie, ja w Krakowie/ , jednak nauka praca, rodzina, dzieci nie pozwalały na dłuższe spotkania. Pewnego  wiosennego dnia przyjaciółka zaproponowała mi wczasy z programem profilaktyczno-leczniczym w ośrodku wojskowym w Juracie.  Super, zawsze chciałam tam jechać od czasu gdy nasłuchałam się od sporo starszej znajomej jaki to wspaniały kurort, bo jej mama przed wojną i tuż po, miała pensjonat w Juracie i tam bywała tylko elita polityczna, kulturalna itp.  A ja jej wcale nie dowierzałam, bo w latach 70/80-tych, gdy spędzaliśmy z dziećmi prawie każde wakacje nad Bałtykiem, ten rejon był terenem wojskowym,  zaniedbanym i niemal niedostępnym. Teraz okazuje się, że Jurata wraca do dawnej świetności, więc jak tu nie wykorzystać takiej okazji. Ale przede wszystkim najważniejszy jest wspólny pobyt z przyjaciółką. Ustaliłyśmy, że wszystkie sprawy zostawiamy w domu i korzystamy z uroków morza, lasów i własnego towarzystwa – przecież tyle mamy do wspominania!!! 

Zaczęło się od PKP, nie ma już miejsc ani do spania ani do leżenia, czyli czeka mnie 13-godz. jazda w dzień, jednak po kilku dniach okazało się, że jedno miejsce w kuszetce dla mnie znalazło się /muszę zaznaczyć, że do samej Gdyni w moim przedziale były 3 wolne, niezajęte leżanki/. W Kielcach wsiadła para małżeńska potwornie kaszląca, po zażyciu leku było spokojniej i nie zwracałam uwagi na nich. Dalszych kłopotów z dojazdem nie chcę już opisywać bo to zakrawa na kpinę. Nawet taksówkarzom nie opłacało się przyjechać by nas dowieżć  do ośrodka wczasowego. Idziemy więc pieszo i…..urwała mi się „rączka” od walizki. Ale na miejscu kolejna niespodzianka bo nasz pokój narożny jest tak zimny  /nie używany od lata poprzedniego roku/, że trudno w nim wytrzymać. Wywalczyłyśmy grzejnik, mimo to ja już na trzeci dzień  zaczęłam tracić głos, ból gardła itd. A lekarz w ośrodku będzie następnego dnia po południu. Apteki w Jastarni nie ma, gdy wreszcie mam receptę na konieczny antybiotyk, apteka w pobliskiej Jastarni nie może przyjaciółce wydać leku bo recepta jest żle wypisana. Znowu trzeba skorzystać z uprzejmości wczasowiczów i jechać z powrotem do Jastarni do innego lekarza aby wypisał prawidłową receptę. Nie wiem jakich argumentów  użyła moja koleżanka ale nie widząc pacjentki /czyli mnie/ lekarka wypisała nową receptę. Wreszcie mogłam zacząć leczenie i….. leżenie, czyli na razie żadnych spacerów wzdłuż morza bo tam wieje, plaża też nie wskazana. Przyjaciółka samotnie plażowała i spacerowała do czego ją stale mobilizowałam i trudno sobie wyobrazić, że miałyśmy atmosferę do romantycznych wspomnień z młodzieńczych lat .  Na domiar złego  po powrocie,  jako niedoleczona, znowu zachorowałam i mój lekarz uprzytomnił mi, że już w kuszetce PKP, jadąc do Gdyni musiałam „ złapać” infekcję od tej pary małżeńskiej, mocno kaszlącej. No i  jak tu marzyć, może najwyższy czas z tego się wyleczyć! 

Romana Cieśla
Moje wymarzone, niespełnione wakacje

Może jestem mało ambitna, lub mało oczekuję od życia, ale jakoś nie mam za dużo marzeń. Hasło „wymarzone wakacje” brzmi dla mnie trochę obco, wręcz niepokojąco - jak coś nie dla mnie. Może to pozostałość po dzieciństwie przeżytym w głębokiej komunie, kiedy to większość marzeń to były tzw. marzenia ściętej głowy…

Poza tym wakacje kojarzą mi się raczej z okresem edukacji w życiu człowieka. Potem są już tylko urlopy. No chyba, że się jest nauczycielką, nauczycielem – oni mają właśnie wakacje. No ale ja nie byłam nauczycielką. Mimo głębokiej komuny w latach 60. i 70. moje wakacje, czyli letni okres wolny od nauki, były zawsze wspaniałe. Wspominam je z wielką przyjemnością.

Niespełnionych pomysłów i planów mam w życiu bardzo dużo. Być może jakieś „wakacje”, czyli miły czas bez codziennych obowiązków i terminów jest jeszcze przede mną. Byłoby wspaniale wyrwać się gdzieś z dusznego i rozpalonego słońcem, kamiennego Krakowa. Kanikuła ostatnimi laty jest coraz trudniejsza do wytrzymania, nawet w ukochanym rodzinnym mieście.

A zatem spróbuję pomarzyć o jakimś pięknym, zielonym, nie zadeptanym jeszcze kawałku naszego kraju, bo zagranica już mnie nie nęci. Chciałabym bardzo zobaczyć jakiś zakątek na Mazurach, bo wstyd się przyznać, ale nigdy tam nie byłam. Szkoda, bo Mazury już nie są tą dziką, naturalną krainą wielkich jezior, jaką były kilkadziesiąt lat temu. Tak słyszałam. Byłoby cudownie umówić się z kimś; spotkać kogoś, z kim byłoby warto pojechać na Mazury. Opracować ciekawą trasę, porezerwować miejsca i noclegi; może nawet łódkę, czy kajak na kilka dni, no i wyjechać, chociażby na dwa tygodnie.

Najważniejsze to być na tych wakacjach w dobrym towarzystwie. Gdy obok są mili ludzie, lub tylko ta jedna najważniejsza osoba, to właściwie wakacje, czy urlop można spędzać prawie wszędzie. Tak teraz myślę; mogłabym wyjechać nawet gdzieś blisko. Na pewno są piękne, zielone miejsca, których jeszcze nie widziałam nawet pod Krakowem. Byłoby też świetnie wsiąść w samolot i za kilka godzin znaleźć się w egzotycznym, uroczym miejscu; oczywiście !

Ale najważniejsze jest towarzystwo. Każdy spacer, wycieczka, czy nawet posiłek jest doskonalszy, gdy doświadczamy go razem, wspólnie, gdy można wymieniać uwagi, wrażenia, spostrzeżenia, zachwyty.

A zatem moje wymarzone, niespełnione wakacje dotyczą raczej towarzystwa niż miejsca, gdzie mają być one spędzone.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
2 + 1 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.