Kraków bez makijażu

Tematem spotkania „posagowiczów” 10 czerwca 2014 r., które prowadziła Pani Anna Okrzesik był Kraków, którego nie oglądają turyści. Kraków, który jest gdzieś za rogiem w dawno niesprzątanym podwórku, w deszczu nad ranem albo po prostu w sercach czy wspomnieniach każdego mieszkańca. Oczywiście łatwiej trochę było pisać o nim tym z nas, którzy się tu urodzili albo wychowali. Łatwiej bowiem zauważają pozostałości po tym, co nie jest sztuczne, nadmuchane, dające złudne wrażenie wielkomiejskiego blichtru. Z kolei, przyjezdni, dla których Kraków jest miastem, które wybrali lub które ich wybrało, widzieli tą prawdziwą twarz Krakowa w zupełnie innym świetle. Niemniej jednak, podejście do tego tematu mnie, jako prowadzącej, kolejny raz uzmysłowiło jak bardzo się różnimy w odbiorze tej samej rzeczywistości.

Barbara Jastrzębiec-Myszkowska

Dzieje się coś złego kiedy przychodzi developer i mówi „ja wyłożę pieniądze, a miasto się zgadza i w związku z tym nagina prawo. To smutna konstatacja dla posiadającego ponad 755-tysięcznego mieszkańców Krakowa, pewnie nie do końca konsultowane decyzje budzą opór i protesty. Jak powiedział Filip Springer miasto to zespół idei, a nie budynków. Kraków - miasto historyczne o sporej ilości zabytków miał dotychczas miano konserwatywnego, z czym obecnie trudno się zgodzić. Jest to miasto otwarte o cechach metropolii globalnej (i według brytyjskiego think-tanku) rozbudowujące się w miarę wszechstronnie. Są też i cienie i zagwozdki w strukturze urbanistycznej, komunikacyjnej i mieszkaniowej (mieszkania socjalne). Ulice w ścisłym śródmieściu jak Karmelicka, Starowiślna czy Zwierzyniecka to prawie ulice usiane bankami. Wywózka śmieci odbywa się między godz. 9 a 11 w godzinach wzmożonego ruchu samochodowego. Poza ścisłym śródmieściem z przysłowiową świecą szukać można ciekawej, przytulnej kawiarenki, pubu, czy baru. Dyrektor MCK – P. Purchla twierdzi, że Kraków jest zdominowany centralnie w budżetówce, jest coraz mniej połączeń lotniczych z Krakowem, radio lokalne i tv o małym zasięgu, a jedyne czasopismo ogólnopolskie to Tygodnik Powszechny.

Opiszę teraz historię trzech dużych inwestycji Krakowa z lat PRL-u – których nierozwiązane losy trwają do dziś.                                                                                                                                                                                             

Szkieletor-jako przyszły biurowiec NOT-u straszy prawie od 40 lat. Budowa zaczęła się w 1975 a cztery lata później z powodów finansowych została przerwana. Proces uzdrawiania tej konstrukcji w wys. 93 m rozpoczął się dopiero w 2010 r. Zyska on dodatkowych 10 pięter i stalowo-szklaną elewację. Docelowa wysokość to 102,5 m z 27 kondygnacjami. Dół to lokale usługowe, gastronomiczne, handel, na szczycie kawiarnia, pozostała część przeznaczona jest na biurowce. Inwestycja ma kosztować pół mld zł. Mój komentarz - nie  oczadzajmy się optymizmem.                                                                                                                         

Następny obiekt „widmo” to hotel Forum. Zaprojektowany w połowie lat 70-tych na zamówienie Biura Podróży „Orbis” przez architekta Nowej Huty P. Janusza Ingardena. W- miejsce wyburzonego zabytkowego stadionu Garbarni powstaje podłużny, wygięty na kształt półkola rzeki Wisły tarasowy budynek z ciemnego szkła i betonu. Został otwarty w 1988 po 10 latach prac. Był to adres dla biznesmenów i Vip-ów, mieszkali w nim: V. Havel, G. Bush, H. Kohl, S. Spielberg. Hotel Forum miał 4-gwiazdkowy standard, 278 pokoi, 15 apartamentów, 6 sal konferencyjnych, dwie restauracje, dwie kawiarnie, dwa bary, korty tenisowe, pływalnię, spa, saunę i solarium. Jeszcze do tego: Peweks, butiki, perfumeria i kasyno. Wówczas był najnowocześniejszym obiektem w Polsce - zautomatyzowany, skomputeryzowany. W roku 2001 obiekt zostaje zamknięty. Nie spełnia nowych standardów, a remont jest nieopłacalny – ponoć grozi zawaleniem. Hotelowe patio porastają wysokie trawy, pusty basen rdzewieje, okna zmatowiałe od brudu, wykładziny i zasłony żółkną. Hotel jest martwy i straszy. Właściciel próbuje jednak na nim zarobić, elewacja staje się powierzchnią reklamową, a parterze działa obecnie kilka sklepów z nartami, częściami samochodowymi, wózkami dziecięcymi. I o dziwo-jakieś kuriozum Urząd Nadzoru wydaje obecnie pozytywną opinię o stanie budynku. W podziemiach są sale do gry w „paintball', parking, tor gokartowy, sale bankietowe dla firmowych imprez, bankietów, sylwestrów, patio z ogródkiem do grilla. A część górna hotelowa nadal niszczeje. Są to rozrywki głównie dla pracowników korporacji. W 2011 powstaje Stowarzyszenie Artystyczne - Akcja Forum w swoim programie piszą-”Hotel Forum to obiekt symptomatyczny dla choroby samego Krakowa, gdzie jest brak debaty na temat przestrzeni publicznej Krakowa. Jesienią 2012 r zorganizowano kilka imprez festiwalowych muzyki elektronicznej Unsound. Setki osób miało wówczas okazję oglądać wnętrze hotelu .W 2013r. otwarto klub. W ogrodzie o powierzchni 1000m kwadratowych na brzegiem rzeki rozkładają się kolorowe leżaki. Miejsce robi się bardzo popularne. Odwiedzają go hipsterzy, ludzie spacerują z psami, ćwiczą jogę na trawie, oglądają filmy pod gołym niebem, zimą ślizgają się na małym lodowisku. Organizowane są tam imprezy typu „Najedzeni Fest”, „Targi Dizajnu”, pokazy psiej mody. Parter wynajmowany jest na pomieszczenia biurowe. Jest tu niezależna rozgłośnia studencka „Radiofonia”, Bosque, gdzie szyte są wzorzyste żakiety i szmizjerki. Tak rozpisałam się, bo to dziw bierze, że w latach 90-tych hotel zagrażał, a teraz bez jakiegokolwiek remontu już nie zagraża, a nawet ludzie tam przebywają pracują i bawią się - widocznie w dobrym nastroju „przeleżkował”.

Trzecie kuriozum w zakresie budownictwa krakowskiego  to hotel Cracovia. Wybudowany w latach 1960-1965 w PRL-u nazwany został „Białym Transatlantykiem”. W roku 2011 został sprzedany. Nowy właściciel kielecki Echo Investment - niezainteresowany jego pierwotną funkcją chciał go zburzyć  i utworzyć wielkopowierzchniową galerię handlową. I zaczęła się burza na całego. Hotel okazał się zabytkiem, tak jak kościół Arka Pana, czy biurowiec Biprocemwap z mozaiką na elewacji, czy też kino Kijów. Wpis jaki został dokonany w roku 2011 do wojewódzkiej ewidencji zabytków, nie jest równoznaczny z wpisem do rejestru zabytków. Chronione są tylko niektóre elementy: jak fragment mozaiki piropikturowej, której twórcą byli małżeństwo Heleny i Romana Husarskich - wybitnych ceramików. I tutaj urzędnicy spóźnili się z właściwym wpisem o całe trzy lata. Podobnie jak hotel Forum - elewacja Cracovii to rozciągła powierzchnia reklamowa. Zresztą nawet gustowna. Dolne pomieszczenia są wykorzystywane, a górna niszczeje i patynowieje. Jednak myślę optymistycznie, choć staram się tym optymizmem nie okadzać. Do głosu dochodzi coraz to młodsze prężne, śmiałe pokolenie. Mam nadzieję, że takich głupstw nie będą robić. Będą bardziej odpowiedzialni. Wiedza o zagospodarowywaniu przestrzeni publicznej jest coraz bogatsza i coraz bardziej wnikliwa w aspekcie dobra i społecznego i poszczególnych mieszkańców Krakowa, poprzedzona wszechstronnymi konsultacjami i debatami. Powtarzam za Filipem Springerem, że miasto jest dla ludzi i ich humanitarnych idei, a nie dla budynków i betonu.

Ewa Zdziejowska

Znam Cię Krakowie od urodzenia. Mojego oczywiście. Kopę lat plus jeden roczek. Początki poznawania skupiały się na Twojej najmłodszej dzielnicy – Nowej Hucie. Oczywiście z biegiem lat to poznawanie obejmowało coraz szersze kręgi. A teraz? Więcej mam czasu na przemyślenia ale też i na wędrówki, czasem trochę bez celu. Ot, bilet miesięczny w kieszeń i jadę! Do oporu czyli do pętli. Kiedyś „moja” Nowa Huta postarzała się bardzo, jak prosta kobieta nie dbająca o urodę a i o higienę też niekoniecznie codziennie. Bywa, że prosta kobieta dostaje czasem okolicznościowy prezent – jakąś broszkę, szminkę, apaszkę. Wygląda w tym jak obecnie nieszczęsna Nowa Huta z nieudolnymi próbami odmłodzenia w postaci nowych nielicznych „apartamentowców”, wybudowanych na uboczu, jakby zawstydzonych, że zakłócają porządek rzeczy. A przecież można zachować klasę bez zdobień, błyskotek, bez pudru, szminki i lakieru. Bez sztuczności. Można pozostać sobą. Godnie. Dbając głównie o zdrowie, niekoniecznie o urodę. Nie poddawać się przeszczepom, liposukcjom, botoksom... Zrezygnować z implantów. Nie myśleć o makijażu. Nie ulegać modom. Prowokować swoim naturalnym wyglądem do zadumy nad upływem czasu, nad nieuchronnością losu.

Mój Kraków bez makijażu to najstarsze części cmentarzy krakowskich: Podgórskiego i Rakowickiego. Tam nie wcisną się krzykliwe reklamy, nie będzie kolorowego tłumu, nie będzie konkursów, pikników, śpiewów, tańców, sztucznych ogni, hałasu... Raz w roku, na początku  listopada widać ożywienie: kwiaty, światełka, ale w najstarszych częściach nekropolii z każdym rokiem jakby mniej, skromniej. Powolne dyskretne odchodzenie, usuwanie w strefę cienia...

To chyba jedyne miejsca gdzie żaden deweloper, choćby najbardziej operatywny, nie będzie mial pola do działania, bo gdyby tak miało się stać to oznaczałoby to koniec ludzkości.

Myślę, że na razie nam to nie grozi, więc cieszę się, że zmęczona rosnącą atrakcyjnością mojego miasta mam gdzie uciec.

Anna Marek

Krakowianie wiecznie narzekają na mgły i smog unoszący się nad miastem - doprawdy trzeba niezłej wichury żeby go przegonić. Kiedyś mówiło się nawet o malaryczności tutejszego klimatu. Winne temu jest położenie miasta w niecce, przez którą przepływa, klucząc na podmokłych łąkach i bagnach Wisła. Stare odnogi koryta i dopływy małych lokalnych rzeczek , strumyków nasycają ziemię wilgocią. Dolinę okalają wzgórza niezbyt wysokie i odległe od siebie i jeszcze dzisiaj porosłe lasem. Ta okolica właśnie stanowi o niezwykłym uroku miasta. Tereny spacerowe znajdują się dosłownie w zasięgu ręki, czy lepiej mówiąc nóg wytrwałego piechura. Cóż przyjemniejszego niż podmiejskie wycieczki? Można je rozpocząć na Salwatorze przy klasztorze sióstr Norbertanek, stamtąd wspiąć się na wzgórze aleją Kasztanową i przez oba Kopce Kościuszki i Piłsudskiego dojść do Bielan. Dalej, spod klasztoru Kamedułów przejść łąkami na brzeg rzeki po przeciwnej stronie klasztoru tynieckiego. Chcę opowiedzieć o takiej właśnie wycieczce w gronie przyjaciół u schyłku lata. W tamtych czasach nie było jeszcze autostrady przecinającej rzekę i dzielącą przestrzeń łąk i pól między dwoma wzgórzami Bielańskim i Tynieckim i między dwoma klasztorami. Tej niedzieli, o której piszę szliśmy niespiesznie przez łąki, które żółciły się nawłocią, huczały nad nami pszczoły i osy zwabione słodkim zapachem. Na tyniecki brzeg przeprawiliśmy się drewnianym promem ciągnionym przez linę, razem z dziećmi i ryczącymi krowami, które z pastwisk wracały do domu. Klasztor wznosił się na skale surowy, z kawałkiem wyszczerbionego muru obronnego i południowej ściany w której straszyły puste okna. Wyglądał niczym zamczysko z powieści grozy Ann Radcliffe. Dziedziniec klasztorny był pusty. Weszliśmy przez uchylone drzwi kościoła, jeszcze mając w oczach ten dzień słońcem wyzłocony i przekroczyli granicę cienia. Oto byliśmy w mroku rozświetlonym tylko złotą łodzią ambony i smugą światła wpadającego przez okno w absydzie. Zahuczały organy i porwały nas dźwięki, trwaliśmy tak przeniesieni nagle w świat ducha, sami wobec Boga. Ale to wszystko zdarzyło się w latach osiemdziesiątych, teraz Tyniec i klasztor wyglądają inaczej. Pewnie tamto wrażenie i mój zachwyt miało w sobie młodzieńcze upodobanie do romantyczności, być może też było kalką z przeczytanych książek. A może to chęć bycia sam na sam z tym co zachwyca, bycie pierwszym człowiekiem w obliczu cudu.

Tyniec dzisiaj to miejsce bardzo przyjazne mieszczuchom. Parkingi schodzą nad samą wodę, tam gdzie kiedyś taplały się gęsi i kaczki. Obok przystań dla ryczących motorówek, ogródki z grillem. Ludzie odpoczywają na kocach rozłożonych w cieniu własnego auta, tuż nad samą rzeką. Najbardziej zmienił się klasztor. Na dziedzińcu sklepy, kawiarnia, knajpa w podziemiach a wszystko z etykietą klasztorną, świąteczny ruch, gwar. Chwaląc benedyktyńską gospodarność i zapobiegliwość zastanawiam się, czy można tam jeszcze doznać olśnienia, czy można poczuć boskie tchnienie. Potraktowano zwiedzających i modlących się jak klientów, bywalców galerii, plaż i kurortów. Zagubiło to cały urok i tajemniczość miejsca. Komercyjny makijaż zniszczył jego wyjątkowość. Gdzieś w tym wszystkim zapomniano również o mieszkańcach wsi w cieniu klasztoru.

Marek Walawender

Kraków bez szminki wygląda jak kobieta, na kacu, wytaczająca się rano łóżka.

A kiedyż to, ten królewski Kraków tak wygląda?

Kraków bez szminki można zobaczyć po Sylwestrze na Rynku. Droga przez góry śmieci. Głównie butelki. Większość po szampanie. Całe i w kawałkach. Także puszki po różnych napojach: piwie, coli, itp.. Również plastikowe butelki po napojach. A jeszcze foliowe śmieci: torebki po cukierkach, chipsach, ciastkach, itp.. Pozostałości po petardach, racach, rakietach i innych fajerwerkach. Wszystko w sosie z tych różnych płynów: szampana, piwa, coli i innych słodko-gorzko-kleistych napojów.

Kraków bez szminki można uchwycić też po derbach Krakowa. Wtedy kibice Cracovii i Wisły po skończonym meczu dziką falą przetaczają się po ulicach. Płyny, petardy, śmieci, rozróby, szereg uszkodzeń i zniszczeń.

Można też na co dzień zderzyć się z Krakowem bez szminki. Na Dworcu Wschodnim, gdzie grupy bezdomnych meneli urządzają sobie swój Kraków: brudny, cuchnący, schlany i bełkocąco-bluzgający.

Kraków wczesną wiosną jest też Krakowem bez szminki, gdy spod topniejącego śniegu wydostają się na powierzchnię zwały brudu, śmieci i psich kup.

Kraków bez szminki jest też w letnie, wakacyjne miesiące, w samym środku sezonu, gdy najwięcej jest rozgrzebanych ulic i toczy się setka remontów, które utrudniają życie przyjezdnym, turystom i tym krakusom, którzy odważyli się tu zostać i normalnie żyć i pracować.

Anna Pawlus

Odwiedzałam Kraków ze szkolnymi wycieczkami i widziałam wtedy jakie to piękne i stare miasto, zabytkowe. Kościoły i budynki wydawały się bardzo wysokie. wszystko było lepsze i bardziej światowe. No  i były tramwaje.

Dostałam się na studia do Krakowa i uważałam, ze jest to mój wielki życiowy sukces.

Najpierw musiałam odbyć praktyki robotnicze. Cały lipiec w 1976 roku mieszkałam w akademiku na Dzierżyńskiego, dzisiaj Lea. Codziennie o 5 rano jechaliśmy do Zakładów Tytoniowych w Czyżynach, żeby o 6 podbić kartę.

Dostałam stanowisko pakowaczki. Papierosy w kartonach przesuwały się po stole, a ja musiałam je umieszczać w dużych pudlach i odstawiać na bok.

 Pierwszego dnia spadały mi ze stołu na podłogę. Doświadczona pakowaczka podeszła i pomogła mi. Z czasem już sobie radziłam.

Poznawałam miasto powoli, długo nie mogłam połapać się gdzie jest ul. Szewska a gdzie Sławkowska i którędy do dworca.

Wielkie wrażenie robiły na nie teatry. Pamiętam świetne przedstawienie Mrozka Emigranci z Binczyckim i Stuhrem. W Teatrze Starym widziałam Nastazje Filipowną w reżyserii Andrzeja Wajdy.

Byłam przekonana, ze żyję w magicznym mieście.

Po studiach dostałam prace w PKZ - Pracownie Konserwacji Zabytków, na Józefa 40, w żydowskiej bożnicy. Słyszałam coś o klątwie, która dotknie wszystkich którzy pracują w miejscu świętym dla Żydów.

W konserwacji były gotyckie ołtarze, barokowe obrazy, bardzo dużo obiektów wysokiej klasy.

Ciekawym doświadczeniem była konserwacja Kaplicy Zygmuntowskiej w 2004 roku. Scalałam kolorystycznie dorabiane przez rzeźbiarzy brakujące fragmenty kamiennych liści, kwiatów, ptaków czy gzymsów. Szarość piaskowca miała dziesiątki odcieni.

W tym czasie kręcono film" Jak Polak został papieżem".

Sceny w katedrze były grane przez aktorów kilka dni. Widziałam statystów w ubraniach z czasów II wojny światowej, hitlerowskich żołnierzy i Hansa Franka.

Po godzinie kręcono sceny z lat 50 tych, a następnie z lat 70 tych. Te stylizacje pamiętałam znakomicie, sama wtedy nosiłam spodnie dzwony, spódnice bananowe i miałam długie włosy.

Była to podróż w czasie, z bliska i na własne oczy.

Dzisiejszy Kraków to setki kawiarń, których dawniej brakowało. Są tez kluby, ale odwiedzanie ich jako nowe doświadczenie mnie ominęło. Moje córki. owszem, uprawiają clubbing od czasu do czasu.

Może żałuję, ale ja za to mam coś lepszego.... spotkania w willi Decjusza!!!

Bożena Bertman
Kraków bez szminki

Dojrzała kobieta bez szminki najczęściej wygląda nieciekawie. A Kraków? Oj, nieładnie! To co najbardziej przykre przynajmniej dla mnie to:

-smog - trzeba w krytycznym okresie siedzieć w domu ,a przecież często nie jest to możliwe; już lepiej nosić gustowne maski,

-tłok w komunikacji miejskiej - a samochodem jeszcze gorzej: bo korki, bo gdzie zaparkować,

-żeby choć byli urbaniści, a przecież ich nie ma; Gdyby byli nie mogliby zezwolić na taki chaos budowlany. Buduje się domy w odstępie kilku metrów od siebie. Za to lokatorzy mogą podać sobie ręce z balkonów. Wielopiętrowe bloki powstają przy samej ulicy, zasłaniając perspektywę. Wszędzie beton - choć badania wykryły, że zieleń to podstawowy element uszczęśliwiający i oczyszczający powietrze. O innych mankamentach zamilczę.

Nic dziwnego, że ludzie uciekają z Krakowa, albo instalują się na obrzeżach.
Ja zostaję. Kocham Kraków mimo wszystko. Ale to niełatwa miłość!

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
1 + 1 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.