Moja Polska

Zenon Rogala
Mandat

To była właśnie taka sytuacja. Kiedy czujesz lekkość, kiedy wszystko ci pasuje, kiedy wszyscy są dla ciebie wspaniali, a ty bez namysłu w zamian stajesz się dla nich ofiarny i wyrozumiały. To w takiej chwili powinny nas napadać najgorsze wieści. Kiedy jesteśmy w takim cudownie, kosmicznym stanie, jesteśmy najbardziej odporni na wszelkie przeciwności losu. Jakoś jednak zwykle te złowróżbne wieści odczekują, aż przejdzie nam ten nieziemski nastrój i dopiero wtedy atakują, w dodatku ze zdwojoną siłą.

Las był dość przejrzysty i widoczność zezwalała na obserwację przyrody na wiele metrów przede mną. Młodnik sosnowy wchłonął mnie swymi cienkimi pniami i całkowicie zaakceptował w swym wnętrzu. Na podłodze lasu dominowały trawy, ale też dywan zawierał wiele zeschłych liści z wielu poprzednich opadów. Niektóre z liści już całkiem suche trzeszczały pod stopami i kusiły, aby rozgarniać je beztrosko w tej wędrówce bez celu. Czułem ten skrawek lasu, czułem czystość powietrza i nagrzaną popołudniowym słońcem ściółkę leśną. Najważniejsze, że czułem ten niewypowiedziany związek między wnętrzem moim i wnętrzem tego lasu.

Teren wznosił się niespodziewanie i po wejściu na zadrzewiony grzbiet, zobaczyłem staczającą się w dolinę pochyłość. W dali widać było sunące bezgłośnie sylwetki samochodów. Droga szybkiego ruchu oplatała przeciwległe wzgórze i znikała w głębi mocno zalesionej strony. Jeszcze parę kroków, jeszcze zachłyśniecie się otaczającym krajobrazem, jeszcze świadomość niepowtarzalności takiej jak ta chwili, jeszcze świadomość poczucia bezpieczeństwa i z początku siedzę, a po chwili już leżę nieruchomo na tej szalce jaką jest powierzchnia ziemi i pozwalam tej gigantycznej ziemskiej wadze zważyć się wraz z ubraniem. Widziane od spodu wierzchołki drzew, aby niczym nie zaśmiecać wiszącego nad głową nieba, niczym wielkie brzozowe miotły skutecznie omiatają błękit z natarczywych kłębków białej waty.

Leżałem świadomy chwili, leżałem bez końca. Szalka tej ziemskiej wagi zaczęła swój regularny rytm i unosiła mnie raz w górę, raz delikatnie w dół, jak do snu.

Nagle, obudził mnie trzask palonych gałęzi sosnowych i blask pobliskiego ogniska. Niebo już zdążyło zasłonić dawny, dzienny, jasny błękit zasłoną, na której pojawiły się przenoszone z ogniska i lecące do góry iskierki. Kiedy już doleciały do celu zastygały nieruchomo na tym fioletowym suficie i widziałem, że niektóre mrugają do mnie porozumiewawczo. Obudzony leżałem pamiętając stan mego szczęścia jeszcze przed chwilą, ale w jego miejsce pojawił się stan niepokoju, na pewno nie lęk, ale na pewno poczucie niepewności i zaciekawienia. Dochodziły bowiem do mnie trochę stłumione, lecz jednak słyszalne fragmenty rozmowy. Głosy męskie. Mrok dodatkowo zasłaniał najbliższą okolicę.

Szczelnie zamknąłem oczy, bo intuicja podpowiedziała mi jedną w tej sytuacji zasadę – leż i czekaj, leż, bo skoro nic ci do tej pory nie grozi, to może właśnie dlatego, że leżysz i śpisz. Póki co, staraj się przeanalizować sytuację wnioskując z tych danych jakie przyniesie ci podsłuchana rozmowa. Zamarłem.

Obudziłem się w samą porę. Blask ognia dochodził z okolic moich nóg. Nie było to wielki ogień. Rozmowa była prowadzona głosami spokojnymi i wraz z dochodzeniem do pełnej świadomości mojej sytuacji, dochodziły do mnie fragmenty całkiem wyraźnego dialogu,

- Może powinniśmy go już obudzić. Kiedy przyjadą po niego, dobrze byłoby, żeby nie musieli czekać aż przeniesiemy go na podwodę, lepiej go obudźmy, żeby był gotowy do dalszej drogi, – głos mówi bardzo dużo o jego właścicielu. Nie wiem skąd to wiem, ale w głosie jest bardzo dużo danych na temat cech osobniczych jego właściciela. Głos to jakby akustyczny odcisk palca człowieka. Po sposobie wypowiadana poszczególnych zgłosek, po rozkładanych akcentach na poszczególne słowa, wreszcie po samej wartości akustycznej, melodyce i głośności przy artykułowaniu poszczególnych sylab, jestem w stanie wydać mniej więcej trafny portret wewnętrznych cech właściciela głosu.

Po tym co usłyszałem, byłem pewien, że ten głos należy do podwładnego i skierowany był do jego dowódcy, kogoś, kto w tej chwili decyduje. Jeszcze pojawiła mi się taka myśl, że ten co powiedział przed chwilą, ma wielkie ambicje dowódcze i jako młodszy wiekiem i stopniem od swego dowódcy, chętnie zastąpiłby swego przełożonego w podejmowaniu ważnych decyzji.

Czekałem na odpowiedz, żeby w tym głosowym rozeznaniu wiedzieć coś więcej o siedzących obok mnie mężczyznach i wykonać naprędce portret drugiego rozmówcy. W tym momencie od odpowiedzi tego drugiego zależał mój los.

- Niech jeszcze poleży, niech pośpi, niech nabierze sił. Pamiętaj, że sen jest teraz dla niego najlepszym lekarstwem. Zanim go zawieziemy na punkt, może w drodze zdarzyć się jeszcze wiele gorszych nieszczęść niż dotąd. Pojedziemy tą drogą po drugiej stronie doliny, ona wiedzie przez las, a nocą Niemcy wolą nie ryzykować wędrówek po lesie, więc jest szansa, że dowieziemy dowódcę do leśniczówki bezpiecznie. Już tak bardzo nie krwawi, ale rana jest bardzo niebezpieczna. Lepiej niech leży i śpi. Poza tym nie mamy pewności, czy podwoda przyjedzie o umówionej porze. Najważniejsze, żeby nie zdarzyło się to, co stało się po akcji z „Burym”. Też czekaliśmy na transport, ale o wyznaczonej porze zamiast naszego adlera, podjechał niemiecki studebaker. Na szczęście nikt nie wychylił się przed czasem i dzięki temu „Burego” dowieźliśmy szczęśliwie naszym transportem do wiejskiego felczera. Sprawdź, czy jest dobrze przykryty, albo najlepiej weź moją bluzę i podłóż mu pod głowę.

- Rozkaz, panie kapitanie, ale podłożę mu pod głowę swój plecak. Jest miękki bardziej niż bluza - rozkaz wykona, ale na swoim postawi, dobrze go rozszyfrowałem.

Usłyszałem odgłos wstawania i ktoś przekroczył mnie idąc tuż obok.

- Rozepnij mu pas, to mu trochę ulży i podaj jego pistolet. Bardziej nam się przyda niż jemu. W czasie transportu musimy być czujni - rozkazał kapitan.

Intuicja znów mnie nie zawiodła. To był dowódca ze swoim podwładnym, ale ten ktoś, kto poza mną śpi w niewielkiej odległości ode mnie, jest najważniejszą figurą jakiegoś partyzanckiego oddziału.

- Panie kapitanie, a co zrobimy z tym cywilem który śpi obok jak zabity. Sprawdzałem i na pewno żyje. Nawet się martwiłem, że jego chrapanie może sprowadzić na nas wroga.

Miliony mrówek zaatakowały w tym momencie moje ciało. Zupełnie straciłem czucie. Jedyne co działało w moim organizmie to słuch. Słuch pozwoli na podjęcie szybkich, ratujących życie decyzji. Szalka wagi, na której leżałem już tak długo, nagle gwałtownie opadała i znów gwałtownie unosiła się w górę. Ziemia nie zdecydowała jeszcze czy ma wyrzucić mnie w przestrzeń, czy pogrzebać żywcem.

- Dawno już zastanawiałem się jak potraktować tego faceta. Widać, że to nikt z naszych. Po rękach wnoszę, że to jakiś inteligent. Może zostawmy go w spokoju, bo skoro śpi to nawet nie będzie wiedział, że tuż obok niego jacyś partyzanci walczyli o jego spokojny sen. A na pewno po latach, kiedy już wywalczymy tę naszą ukochaną ojczyznę i kiedy będzie już niepodległa, to na pewno odwdzięczy się nam za ten trud i nasze nieprzespane noce i ten niepokój przed każdą akcja i tę krew wsiąkającą w naszą ojczystą glebę po każdej akcji.

Bo wierzę, wierzę święcie, że wywalczymy ojczyznę naszą, czyli wolną i sprawiedliwą, w której nie będzie już oszustów w rządzie, ani biedy. Ojczyznę, w której drugi człowiek będzie celem, a praca dla jego dobra, będzie zaszczytem i najwyższym honorowym nakazem.

I nawet nie sam bóg, i nawet nie honor, ale to ojczyzna jest najwyższym sędzią i najwyższą instancją. Wiedz, że kiedyś wojna się skończy i czy sądzisz, że nasze ofiary z najwaleczniejszych synów naszego narodu pójdą na marne. Ze znów rozpocznie się wzajemne knucie i pohańbienie naszego wysiłku, naszego życia, naszej wiary, naszej nadziei i naszej miłości do ojczyzny. Krew wsiąknięta w tę ziemię wiecznie będzie upominać się o chwałę dla walczących, dzisiaj bronią, ale w przyszłości pracą, uczciwością. nie dla nas, ale dla takiego śpiącego na skraju lasu cywila jak ten i dla następnych pokoleń. Dlatego proponuję zostawić go w spokoju. Niech dożyje czasów, w których wyniesiona będzie nasza ofiara na najwyższe ołtarze naszej ojczyzny - mówił zbyt patetycznie, ale zrozumiale w jego ustach.

Już trakcie tej wypowiedzi miliony mrówek w pośpiechu i ze wstydem ewakuowały się z mego ciała. W ich miejsce przyszło gorąco nie do wytrzymania.

- Panie, muszę panu wypisać mandat za palenie ognia. Widzę tu wyraźne ślady ogniska, śpi pan w najlepsze, a ten młody las posadzony był po tym, jak w czasie wojny partyzanci broniąc wzgórza spalili się tutaj wraz z lasem - stał nade mną stary leśniczy.

- Albo nie, daruję panu ten mandat… - wygląda mi pan na porządnego obywatela, - w głosie usłyszałem wyrozumiałość.

Marianna Łopaciuk

Północ. Deszcz, jak perkusista ostro wali w pochyłe okno. Po omacku dotykam radyjka, towarzysza moich "opresyjnych" często, nocy. Szukam muzyki... Na prawie wszystkich częstotliwościach niskie glosy tylko mówią: o sobie, zdrowiu, chorobie. Tu jazz, a tu Jezus Chrystus, świat, no i Polska właśnie.

 A moja? Jaka jest? Wiem, że w latach 70, ub. wieku byłam szczera patriotką. Co z tego zostało?

Mam "muzę", RMF Classic... pianista strząsa dźwięki lekkie, jak puch. "Preludium deszczowe" adekwatnie do pogody. Może dźwięki staną sie moim drogowskazem,, odkryją tajemnicę, Tony nabierają mocy, ciężaru i jakiegoś patosu.

 Bardzo lubię zdanie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego: "Ginie się, albo przynajmniej nijaczeje bez miłości do miejsc". Gdzie jest moja Arkadia? Czy w miejscu urodzenia? Odkryłam ją dopiero podczas wakacji, spędzanych tam u rodziny. To zagubiona wieś na "Ścianie Wschodniej", niedaleko Chełma. Jeszcze nie opisana-z dala od turystycznych szlaków. "Debry i bodziaki" to nazwy oczywiście miejscowe Te stromościenne wąwozy, o kształcie litery V, otacza las, zwany grądem grabowo-dębowo-osikowym. Ale najważniejszy był wyniosły pagór, zwany "zamczyskiem" (rzeczywiście istniejącym w czasach Kazimierza Wielkiego). Nazwa już właściwie pozbawiona desygnatu, ale oczy moje widziały dokładnie miejsca po murach obronnych, fosie i walach, otaczających cały ten kompleks. Od podnóża aż po szczyt wiodły krzyżujące się ścieżki, wydeptane bosymi stopami pastuchów. Mnóstwo się pasło krów i koni, skubiących dokładnie trawy. Tylko bodziaki kluły niemiłosiernie. Nigdzie, w życiu nie doznałam tak dojmującego uczucia swobody.! Jej smak niosły dojrzewające dzikie czereśnie, kwaśne porzeczki. Zapach pieczonego chleba i odurzająca, ciężka, mdląca woń konopi. I, jeszcze zimny, kręty strumyk, zwany wtedy na wyrost "rzyką". Ciotka prała tam lniane prześcieradła kijanką.

 Dziś moje zamczysko zarosło, myślę, że roślinnością typową dla murawy kserotomicznej i sośniną. Pewnie tak wygląda step?

 Nie chcę tam wracać, niech zostanie obraz w pamięci, jak  piękna smukła dziewanna, malowana przez Stanisławskiego 

 Wiatr sie wzmaga, ale nie słyszę szumu drzew. A jaki szum "wzięłabym ze sobą do albumu" wspomnień? Wiem i słyszę muzykę filmową W. Kilara. To lubię...

 Puszcza Piska oddycha wraz ze mną niepokojem tej nocy. O, czuję niezatartą woń jesiennego lasu. Chyba urealniłam pamięć. Wyjechaliśmy w latach 70 ub. w z Krakowa, do Karwicy, nad jezioro Nidzkie. Do tych 5 lat, tam spędzonych, nigdy nie chciałam wracać. bo złe znaki los dawał. Spokojnie, wokół mokre rosy, las stoi cicho jak zaczarowany. Pachnie żywicą. Szczególnie te wyniosłe wysokopienne sosny. Naprzemian tonę w głębokim cieniu i znów w smugach światła. Tylko jesienią są tak długie refleksy. Liście opadają w dół złotymi plamkami. Tu pagórek przykryty mchem, Może grzyb jakiś? Nie-. Cisza zagarnia wszystko swym parasolem. Szeleści sucha trawa

 A teraz płynę kajakiem, woda pluszcze cicho. Widzę w wodzie drzewa, ale koronami w dół. Wszystko sie rozmazuje w jakieś dziwne, abstrakcyjne plamy. Nagle nadciąga mgła, zamazuje, zniekształca. Pachnie dziką miętą, wodorostami. Chciałabym jakoś utrwalić ten spokój i łagodne ciepło jesiennego słońca.

Teraz słyszę "kawałek" muzyki Zb. Preisnera. Z "Podwójnego życia Weroniki", zaraz potem przejmujące tony adagia Albinioniego. Tonę i ginę gdzieś.

Jestem w bramie starego domu. Czytam oszołomiona: "Beatrycze Danowska, lat 92”. Kiedy ten pogrzeb? I jakaś strzykawka pod nogami. Ulica Czysta,- chyba tylko z nazwy -myślę. Spokój, to moje miasto, wyjdę z tego labiryntu. Wiem, że piękne miasta świata maja swój "genius loci", opiekuńcze bóstwa ulic, budowli i placów. Ktoś ma swoje uliczki w Barcelonie, Paryżu, Rzymie. A ja mieszkam w Krakowie ponad pół wieku i twierdzę nieskromnie, że nostalgia tego miejsca jest jakby podobna do mojej natury. A poza tym, kiedy wracam ze zwiedzania miast Europy, stwierdzam, że, nasz Kraków ma wszystko, co najpiękniejsze w owych grodach. Mam swój kawałek Paryża nad szara Wisłą Podobnie, jak Praga, o której M. Szczygieł napisał, że cyt. "jest to miasto, które służy człowiekowi. Zawiera wszystko, co trzeba: centrum historyczne, małe miasteczka, wsie, wiejski sad i... blokowiska "Może być i światowo i prowincjonalnie W tłumie miejskim można czuć sie anonimowo i swobodnie, nie samotnie, czy też zagrożonym. Wiadomo też, ze każde miasto ma swój kolor, dźwięk i zapach. Opisane jest ze wszystkich stron jako potężny ładunek piękna. Widać je na każdym kroku. Osnute mgłą i legendą. Pełne harmonii architektonicznej. Stale pulsuje w nim twórcza aktywność, nazwiska twórców są często chlubą kultury światowej, zaś energia ludzi nadaje naszemu tu życiu niemal "epickie proporcje". Jest moim życiowym epicentrum. Teraz uwierzyłam Z. Nałkowskiej, że "jest sie takim... jak miejsce, w którym sie jest" Niech blask słońca ozłaca, mury i wieże mojego miasta, a zastygły czas pociąga nadal ludzi z całego świata. I chyba jasne, że według zasady "pars pro toto", te trzy opisane przeze mnie miejsca są dla mnie symbolem tej najpiękniejszej, mojej Polski.

Kazimierz Bartel

Szczupły, szpakowaty mężczyzna pewnym, spokojnym krokiem zmierza w stronę kościoła. Przechodząc koło kościoła żegna się znakiem krzyża i kieruje się w stronę zakrystii. Otwiera starodawne okute blachą drzwi, które skrzypią niemiłosiernie, ale dzięki temu nie trzeba dzwonka, żeby wiedzieć, że ktoś wszedł do zakrystii.

Przechodząc obok księdza ubierającego się do wieczornej Mszy świętej mówi – Pochwalony Jezus Chrystus.

Ksiądz nie odwracając głowy odpowiada – Na wieki wieków. Panie Józku niech pan da klucze od chóru panu Staszkowi, przyszedł naprawiać schody na dzwonnicę.

Kościelny podaje klucze do chóru. Robotnik wychodząc, spokojnie mówi do księdza – Popracuje ze dwie godziny przy tych stopniach, a potem oddam klucze.

Dobrze – mówi ksiądz – będę w zakrystii odmawiał brewiarz, proszę się nie spieszyć.

Kościelny niedbale mówi – Co on znów przez dwie godziny zrobi? To tak mało czasu, proszę księdza.

- Niech się pan, panie Józku nie martwi, codziennie, powoli i dobrze, dokładnie. pracuje. To dobry fachowiec. Robił już w kilku parafiach, znam jego pracę, dlatego nie martwi mnie to zbytnio, że pracuje tylko dwie godziny. I tak na dzwonnicę nikt nie chodzi, ale schody muszą być naprawione. No dobrze, koniec dyskusji. Ministrancie dzwonić, wychodzimy.

Ksiądz wyszedł do ołtarza.

Po skończonej mszy, kościelny pogasił świece, przykrył ołtarz, zamknął drzwi od kościoła.

- Ja zostanę, odmówię brewiarz, wezmę klucze od dzwonnicy. Niech pan już idzie, panie Józku, na dzisiaj już starczy.

Po kilkunastu minutach skrzypnęły cicho drzwi od chóru. Pan Staszek, wsunął się dyskretnie do zakrystii.

- Przynoszę klucze – szepnął widząc modlącego się księdza.

- Z Bogiem – powiedział ksiądz

- Z Bogiem – odpowiedział pan Staszek i wyszedł cicho z zakrystii.

Wychodząc z kościoła rozglądnął się delikatnie, czy nikt go nie obserwuje, ale nic nie zauważył. Pewnym, spokojnym krokiem przeszedł przez kościelny dziedziniec i skierował się w kierunku przystanku tramwajowego.

Na przystanku dwie kobiety z siatkami, kilkoro młodych ludzi wracających do swoich domów, spokój.

Po chwili podjechał tramwaj. Pułkownik zręcznym ruchem wskoczył do tramwaju. Gdy tramwaj ruszył, pułkownik głęboko odetchnął. Chwila spokoju, jaką ma w tramwaju, nie zrekompensuje nerwów tam na wieży.

Kolejne kilkadziesiąt stron dokumentów przesłanych Amerykanom dotarło bez komplikacji. Przesyłka została podjęta w punkcie kontaktowym i dotarła do adresata, do Langley.

- Bilety proszę – głos kontrolera wyrwał pułkownika z zamyślenia.

 

Obok niego, stał młody może trzydziestoletni facet. Ubrany był w jasnoniebieską koszule w kratkę.

Spodnie zdradzały stan znacznego zużycia, buty były niewiele lepsze.

Pan Staszek podał kanarowi przedziurkowany bilet, ten spojrzał niedbale i widząc skasowany bilet, mruknął pod nosem coś co miało oznaczać dziękuję i poszedł dalej.

Tramwaj podskakując po wybitym torowisku pokonywał dzielnie kolejne zaniedbane przystanki.

Za oknem tramwaju, w zapadającym zmierzchu, widać było nadciągającą jesień.

Był już początek września, niektóre drzewa zaczynały żółknieć. Żółć i czerwień liści powoli, niespiesznie zastępowała zieleń. Mocowały się kolory ze sobą, mocowały Zieleń pewna swej mocy nie chciała ustąpić miejsca innym kolorom. Wszak to ona była pierwsza, to ona po długiej zimie przyozdobiła zimne, sczerniałe, pełne wilgoci zimowej gałęzie, To przecież ona sprawiła, że te gałęzie ożyły, a teraz musi ustąpić miejsca jakimś marnym kolorom.

 Tramwaj gwałtownie szarpnął, ktoś koniecznie chciał być szybszy, chciał przebiec, przez torowisko. Ludzie w tramwaju zachwiali się, tramwaj zachybotał.

Gdzie milicja, rozległy się głosy, niech zajmą się tym wyścigowcem, co chciał wpaść pod tramwaj.

Niedoszły wyścigowiec zdołał ujść stróżowi prawa, miał zdecydowanie dobrą kondycje.

Po chwili tramwaj ruszył i pasażerowie powoli zapominali, o przymusowym przystanku.

Pułkownik spojrzał przez niedomyte tramwajowe szyby, jeszcze dwa przystanki pomyślał i koniec tej jazdy. Po drugiej stronie ulicy na płotach wisiały plakaty Solidarności. Część plakatów zerwał jesienny wiatr, część „nieznani ” sprawcy. Nieznani dla komunistycznej prasy, za to znani wszystkim pozostałym ludziom. Cieszył się z powrotu do domu,

Dzisiejszy dzień miał wyjątkowo pracowity.

Od rana, prawie od ósmej rano był w biurze, potem praca przy schodach., a teraz wreszcie powrót do domu. Pomyślał o żonie. Nina, nie miała takich problemów. Praca w aptece była ciężka, ale nie niosła ze sobą przymusu nadgodzin. Od godziny do godziny, nic nie musiało być na wczoraj, klienci regularnie napływali po lekarstwa. Spojrzał na zegarek, dochodziła siódma wieczór. Tramwaj wreszcie dojechał na przystanek przy ulicy Morelowej. Wysiadł z tramwaju bardzo szybko, chciał rozstać się z klekoczącym po torach rupieciem, który nazywał się tramwaj. Po prawej stronie mijał piętrowe i parterowe domki, które aspirowały do miana willi. W ogródkach przed nimi, na trawie leżało coraz więcej liści. Na wysokich drzewach orzecha wisiały jeszcze orzechy, czekały na swój czas. Jesienne kwiaty pokazywały swoje czerwienie, fiolety i żółcie. Mijał je dość szybkim, niespiesznym krokiem. Miły ciepły zapach pieczonego chleba mile połechtał nos. Piekarnia Jana Motyki zawsze miała świeże pieczywo. Ostała się mimo wszechobecnej likwidacji prywaciarzy, którzy mieli przy pomocy wyrabianych bądź wypiekanych chlebów i bułek obalić najlepszy ustrój. Na rogu ulicy stał wysoki dom. Od ulicy odgradzał go wysoki na półtora metra mur, przykryty z wierzchu marmuropodobnymi prostokątnymi płytami.

Dalej były podobne, niczym nie wyróżniające się domki, otoczone owocowymi drzewkami. Tu i ówdzie na chodniku rosły stare drzewa. Niepokorne gałązki powyrastanych żywopłotów przechodziły przez siatkę ogrodzeniową, szukając słonecznego światła. Jeszcze kilka, kilkanaście kroków i wreszcie będę w domu, pomyślał.

Tam czekała na niego żona Helena wraz z dwójką synów Ludwikiem i Wilhelmem.

Całości towarzystwa dopełniała basecica Dolores, sunia jak mówiła na nią jej pani.

Furtka na posesje była wysoka, miała prawie dwa metry i trzy mocne zawiasy. Przymocowana była do dwu kamiennych słupów. Całość parceli otoczona była wysoką metalową siatką rozpiętą na kamiennych słupach. W ogrodzie rosły drzewa owocowe, w kilku miejscach rosły hortensje, róże i fioletowe michałki. Koło siatki rósł czarny bez. O tej porze roku miał granatowo - czarne owoce, w postaci drobnych słodkawych kulek. Od furtki prowadziła ścieżka wyłożona płytkami chodnikowymi. Do domu przyrośnięty był garaż, gdzie główne miejsce zajmował jacht. Nie był to jacht dalekomorski, ale taki na wypady latem na Mazury. Nacisnął klamkę, cicho skrzypnęły drzwi. Stanął w przedpokoju, no nareszcie jesteś powiedziała żona, no wreszcie dotarłem, odrzekł cichym głosem, i poszedł do łazienki.

Zjadł kolację, odpoczął chwilę i zajął się swoimi sprawami. Zaczął sprawdzać co jeszcze musi kupić, aby mógł zacząć konserwacje i wykonać drobne naprawy przy jachcie. Lista zakupów obejmowała kilkanaście pozycji. Postanowił, że w najbliższych dniach odwiedzi znajomy sklep z potrzebnymi materiałami. Jacht musiał być zawsze sprawny i wszelkie ubytki lakierów musiały być zlikwidowane.

W telewizji skończył się Dziennik, nikt go z domowników szczególnie nie oglądał.

Wiadomości w telewizorze były powtarzalne. Dominował przekaz o złej Solidarności i odpowiedzialnej władzy, oraz o robotnikach ulegających wrogiej propagandzie. Noc nieubłaganie zaczynała swoje panowanie. Po całodziennych trudach wszyscy domownicy zasnęli. Dolores znalazła na koniec dnia swój wiklinowy koszyk i w nim też zasnęła, czuwając jednak nad tym co ją dookoła otaczało.

Od rana na polu była mgła, przysiadła pod drzewami, w zgłębieniach trawników, koło oczek wodnych. Helena szła na drugą zmianę do apteki, więc jeszcze spała. Obydwaj synowie, studenci więc im o siódmej rano jeszcze na wkłady się też nie spieszyło.

Musiał wstawać sam, no na szczęście Dolores już wstała, więc nie czuł się, aż tak bardzo opuszczony przez domowników. Po wizycie w łazience zrobił sobie śniadanie.

O wpół do ósmej wyszedł z domu. Po drodze minął aktora, znanego z popularnego milicyjnego serialu. Był on na porannym spacerze z psem. Nie znali się osobiście, nigdy na psim spacerze, ich psy się nie spotkały. Za chwilę miał autobus, który jechał w kierunku centrum Warszawy. Musiał się po drodze przesiąść jeden raz, aby podjechać jak najbliżej Sztabu. Pasażerowie w autobusach spieszyli się do pracy. Byli to urzędnicy pracujący w różnych urzędach w centrum Warszawy. Mgła powoli ustępowała i było widać słońce.

Stefania Małysa
Opowiadanie podbabiogórskie wierszem

Pod Babią Górą i polskim niebem leży mieścina Makowem zwana

że Podhalańskim, to dziwne trochę zamiast Beskidzkim. Tak, proszę pana.

Beskid Makowski, piękny krajobraz u stóp królowej całych Beskidów,

tu możesz bracie doznać olśnienia, zobaczyć wiele w przyrodzie cudów.

Lecz pewnie nie zna pan tej historii, która to Maków tworzyć zechciała, starego rynku, tartaku, ulic, pani kochana też nie widziała.

Zacznę od rynku, gdzie chata z drzewa, wiekowa lipa z kapliczką świętą,

gdzie się toczyło życie miastowe, dojść można było uliczką krętą.

Gaździna ze wsi w chustce na głowie chce sprzedać jajka, osełkę masła,

serek gnieciony, kurkę czubatą, na jarmark wyszła, gdy gwiazdka zgasła.

Widok na rynku dla oczu miły, początkiem pierwszej połowy wieku {xx}, chałupki małe, skromne, schludniutkie, chciałbyś zamieszkać.

Czyż nie, człowieku?

Czyste powietrze, aut ani śladu, kot z pieskiem nawet w zgodzie tu żyją,

ludzie zmęczeni, zapracowani, przyszli na rynek, trosk swych nie kryją.

Chmury pierzaste niebem się cieszą, na lipie ptaki ucztę swą mają, chciałbyś zapytać : jak tu się żyło? - tych co kupują, tych, co sprzedają.

Przejdźmy się dalej razem po mieście, ulicą główną.{za dawnych czasów}

Tu większość domów było drewnianych, nie żałowano drzew ani lasów.

Pipiersberg, to żyd, sklep miał na rogu, handlem się trudnił, to kupowano, czasem materiał na dwie spódnice, czapkę kapelusz, maść na kolano.

Do miasta zawiózł konik na wozie, siwek kochany albo kasztanek,

pod kościół prosto w każdą niedzielę. Gazda zaprzęgał, gdy nastał ranek.

Stara apteka, ta „Pod Aniołem” witała w progu chorych od świtu,

Lankau czekał, badał doradzał, był przeznaczeniem i panem bytu.

Mówił mi o nim Miechle niejaki, któremu na chrzcie Józef zadano,

stary weteran i stróż wolności, której to radzi strzec dzisiaj PANOM.

Akowcy: WICHER, LOLEK I CICHY pomniki wznoszą w naszym Makowie,

a każdy pomnik ma swą wymowę i o historii miasta ci powie.

Jeśli zechcecie pójść dalej ze mną, pokażę tartak, starą cegielnię,

tu belek stosy, tartaczna piła, murarz sam zrobi hebel i kielnię.

Z drzew będą deski a z desek beczki, które to browar zamówił przecie,

piwo i wino chłop wypić pragnie w niedzielę w szynku, pewnie to wiecie.

Ręce wciąż bolą, nie swędzą nogi, ciężka robota, przyznacie sami.

Odpocząć warto, usiąść przy stole, no i pogadać, wypić czasami.

W cegielni cegły ręcznie robiono a z drewna stolarz strugał wrzeciono,

na kołowrotku tkaczka zatkała i wełnę zwinnie nocami tkała.

Inna kobieta swetry zaś plotła, co naśmieciła zamiotła miotła.

Miotły też gazda plótł sam jak umiał, wiklinę ścinał, gąszcz wiklin szumiał. Na targ do rynku kto mógł to bieżał, swe tajemnice czasami zwierzał.

Życie jest ciężkie, spójrz na tę chatę, w której to mieszka rodzina cała,

chatka niewielka, gontem przykryta, bielona wapnem, wewnątrz też biała.

Staruszek z laską kózek pilnuje, trawę baranek posłusznie skubie,

babcia na plecach wodę w dom wniesie, strawę przyrządzi sobie i Kubie.

Dziadek zwierzętom trawy nakosi, przywiezie wózkiem małym, drewnianym, naprawi płotek przed swoim domem, zajmie się dyszlem w wózku, złamanym.

Przed domem putnia, tara i brudy, wyprać je trzeba ręcznie, wypłukać

w strumyku zimnym, wykręcić mocno, i grzybów w lesie rankiem poszukać.

Wije się strumyk pośród kamieni, stańmy na kładce, spójrzmy na wodę,

dno jest przejrzyste, ryby pływają, widać w przyrodzie harmonię, zgodę.

Jak milo tędy wędrować z wami i słuchać szumu wody i lasu,

Może tu sarna nagle się zjawi, ptaki narobią śpiewem hałasu.

Przed nami góra, więc pójdźmy wyżej, może spotkamy dzika po drodze.

Chyba nie pójdę, bo za wysoko, zmęczę się szybko, zasapię srodze.

Hafciarska szkoła powstaje w mieście, dziewczyny hafty, koronki plotą,

szyją obrusy, pościel, makaty, to artystyczną zwie się robotą.

Chłopcy zaś meble uczą się robić w szkole stolarskiej, w środku Makowa,

być kolejarzem, pocztowcem, belfrem trzeba wyjechać aż do Krakowa.

Maków rozwijać mógłby się śmiało, gdyby nie wojna pierwsza i druga,

niewola niszczy ducha narodu, ten się powoli do życia dźwiga.

Czas mija, mija, miasto się zmienia, powstają nowe domy, ulice,

rynek kamienny, stadion sportowy, mecz grają chłopcy, krzyczą kibice.

Spacer po rynku w dwudziestym wieku relaksem nie jest i już nie będzie,

ludzie zmęczeni, pieniądz się liczy, moc samochodów i spraw w urzędzie.

I trosk przybyło, potrzeb jest więcej. Gdzie kupić dywan i telewizor?

To żadna sztuka bracie ci powiem, gdy dysponujesz obcą dewizą.

Sklepów przybywa jak grzybów w lesie, padła komuna i wszystko wolno, rolnicy pola swe opuszczają, trudno przejść przez nie ścieżyną polną.

Bieda zagląda do wielu domów, pracy tu nie ma, zakłady padły,

trzeba wyjechać, dzieci zostawić, inflacje w kraju pensje nam zjadły.

A do kościoła po nowych schodach w górę się wspinać jest tutaj miło,

wewnątrz obrazy, Matka w koronie, przed Jej obliczem serce zabiło.

Ogrojec zdobi schody i cegły, które nazwiska wyryte mają

tych, którzy schody te fundowali, dzwony na wieży na Mszę wzywają.

Makowska Pani w złotej koronie, Królową rodzin dla nas wspaniałą,

w ołtarzu głównym czuwa nad nami, naszą Patronkę w świecie też znają.

Maryję Papież w korony zdobił na Błoniach miasta Krakowa jego,

jako kardynał miasto pożegnał, stał się pasterzem świata całego.

Był tu w Makowie, modlił się, gościł, spotkałam się z nim, dłoń uściskałam

a gdy powracał do Polski z Rzymu, wraz z rodakami z wiarą witałam.

I Makowianie też go kochali, siał miłość wszędzie, przemawiał szczerze,

Ojczyźnie swojej służył uczciwie, z Panną Maryją zawarł przymierze.

Nie zdradził nigdy Polski- Ojczyzny, przepraszał za tych, którzy kłamali, przebaczył z wiarą swemu wrogowi i tym, co rany od kul zadali.

W kościele naszym modły zanosił, Makowska pani go wysłuchała, jako kardynał mógł wyjść na rynek z procesją świętą Bożego Ciała.

W Makowie moje mijają lata, komuna padła, Papieża sprawa,

wolność znów z trudem trzeba odzyskać, bo stan wojenny, to nie zabawa.

Wcześniej dwie wojny miasto zniszczyły: pierwsza i druga, historia sroga,

teraz o wolność tu przed Maryją prosimy mocno Matkę i Boga

A tym, co życie w ofierze dali, za ziemię naszą, Ojczyznę miłą,

wyprostuj ścieżki i weź do Siebie, serce ich polskie dla Ciebie biło.

Pomnik na rynku- dowód wdzięczności, rodacy wznieśli im ku pamięci, niechaj przemawia do mas szerokich, jak przemawiają do nas dziś święci.

Wam drodzy moi i sercu bliscy jestem też winna pamięć i troskę,

poezję z serca swojego wznoszę, za wolną wam dziś dziękując wioskę.

Michał Pawluśkiewicz
Legenda „Kamień Wawelski”

„On szczególny wśród kamieni

i co złe na dobre zmieni”

 

„Może to z kamienia woli?

Bolał ząb i już nie boli”

 

„Pan ten był społecznie na dnie,

dotknął kamień – już nie kradnie!”

 

 Czy to możliwe, żeby istniał taki kamień i takie cuda czynił?

Pewnie, że możliwe zwłaszcza w legendzie i w Krakowie.

Aby wyjaśnić i zrozumieć, że jest pod Wawelem taki kamień trzeba się cofnąć głęboko w czasie w przeszłość.

 

Zdarzyło się to dawno, dawno, co najmniej osiemset lat temu. Wtedy nawet jeszcze nie było Krakowa. A w ogóle ten gród mógł być założony w zupełnie innym miejscu. Miała tego dokonać grupa ludzi aktywnych, kreatywnych, owładniętych chęcią i potrzebą wybrania przyszłej stolicy Polski. Sami nazwali się Ojcami Założycielami. Przewodniczył im najstarszy i najmądrzejszy, zwany Krakiem. Długo rozglądali się za najlepszym miejscem, zwiedzali różne okolice, ale ciągle nie mogli podjąć decyzji. Zaczęli już nawet wątpić czy znajdą to, czego szukają.

Ale wreszcie któregoś ranka, zerwał się ów Krak na równe nogi i wykrzyknął: „Miałem sen! Słyszałem głos, który nakazał mi założyć miasto tam, gdzie z białego kamienia wypływa woda!” No i od tego snu wszystko stało się jasne i proste. Trzeba tylko odnaleźć biały kamień. Skoro ma z niego wypływać woda, to znak, że chodzi o jakieś źródło, lub początek rzeki.

Zaczęli więc Ojcowie Założyciele sprawdzać takie miejsca, zwłaszcza jedną z dużych rzek i dotarli aż pod samą Baranią Górę. Tam znaleźli to miejsce i biały kamień ze snu Kraka. Z samego środka kamienia wypływała krystalicznie czysta, zimna woda.
„Tu założymy miasto oznajmił Krak.”

Zabrali się do pracy ochoczo do roboty. W ruch poszły kilofy i łopaty. Szło im całkiem nieźle, do czasu gdy zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Podczas prac widać naruszyli kamień, który najpierw się osunął a potem całkiem odpadł od góry. Odsłonił też olbrzymi otwór, z którego runęła wielka woda. Porwała ona ze sobą nie tylko tak długo poszukiwany kamień ale i sprzęt do budowy miasta. Sami budowniczowie ledwo uszli z życiem.

Co robić? Nie ma kamienia. Jak i gdzie go teraz szukać?

Potrzeba matką wynalazków. Wycięli długie leszczynowe kije i obmacując nimi dokładnie dno, już wtedy coraz większej rzeki, posuwali się w dół z jej biegiem. Sondowali każdy metr koryta, stukali, pukali ale po kamieniu ani śladu.

Tak minęła cała jesień. Gdy rzekę skuł lód, odłożyli poszukiwania na następny rok. Z wiosną ruszyli ponownie na poszukiwania. Tym razem los im sprzyjał bo przez kilka miesięcy nie spadła ani kropla deszczu. Stan wody był tak niski, że często ich tratwa, którą podróżowali osiadała na mieliznach. Z wielkim trudem, ale jakoś dotarli wreszcie w okolice wzgórza, dziś zwanego Wzgórzem Wawelskim. Gdy już byli całkiem blisko zauważyli na środku rzeki dziwny ale jakże znajomy biały obiekt. Nadzieja! Czyżby to miał być ten, tak długo poszukiwany kamień? Tak, to był on!

Choć tym razem woda z kamienia ledwo się sączyła, wyznaczył on miejsce na założenie miasta.

Najpierw musieli wyciągnąć z rzeki biały, duży i ciężki kamień. Choć woda w rzece (teraz nazywa się Wisła) była mała, to i tak nie było łatwo. Ale dali radę. Przez otwór w środku przewlekli grubą linę, do której zaprzęgli dwa tuziny wołów i kamień znalazł się na brzegu. Teraz już mogli spokojnie założyć miasto.

Napisali specjalny akt erekcyjny i sklecili na brzegu kilka domków. Powstałą osadę nazwali od imienia owego Ojca Założyciela - Kraków.

Przy kamieniu cumowały barki z materiałami budowlanymi, lub barki, którymi spławiano do Gdańska sól z Wieliczki.

Z małej początkowo osady powstała większa, z większej małe miasto a z niego duże, a z dużego stolica Polski.

Kamień był bardzo przydatny jako przeciwwaga przy budowie zamku na Wawelu. Przy jego pomocy (kamienia) wyciągano na górę nawet Dzwon Zygmunta. Kamień Wawelski, bo już tak go zaczęto zwać, służył miastu długo,ale jak to często bywa z kamieniami z czasem zagłębił się w ziemi i pogrążył w mrokach dziejów.

Wydawało się, że na zawsze. Tak się tylko wydawało, że to już koniec legendy.

Nie! To dopiero jej połowa.

Kilka lat temu Kamień Wawelski został ponownie odkryty podczas budowy Centrum Informacji Turystycznej przy ul. Powiśle. Znowu historia zatoczyła koło. Podobnie jak przed wiekami, jeden z budowniczych Centrum, uczestniczący w odkopywaniu kamienia miał senne widzenie i przesłanie: „jeśli kiedykolwiek woda na nowo zacznie wypływać z kamienia, będzie to niechybny znak, że zbliża się koniec świata” - usłyszał. Jak temu zapobiec zapytał, ale odpowiedzi już nie dosłyszał bo obudził go budzik nastawiony na godzinę siódmą.

Dopiero na trzecią noc od tego zdarzenia tajemniczy głos powiedział mu, żeby umieścił kamień tak wysoko, gdzie nie dosięgnie go woda. Ten budowniczy nazywał się inżynier Kostka i jeszcze się we śnie dowiedział, że kamień trzeba chronić, opiekować się nim troskliwie, bo on (kamień) jest magiczny i spełnia życzenia.

I tak zrobił inżynier Kostka. Umieścił Kamień Wawelski tak wysoko, że nie dosięgnie go woda z Wisły, choćby największa była. Ludzie przybywają do kamienia z dalekich i bliskich stron. Dotykają go i głaszczą, czerpią z niego dobrą energię. Wypowiadają przy nim życzenia, intencje, a nawet wrzucają do środka kartki z prośbami. Cierpliwy kamień wszystkie je przyjmuje i wcześniej czy później spełnia.

Sam kamień „wie i dba” o to, żeby z niego nigdy nie wypłynęła woda. Gdyby tak się kiedyś stało, mógłby rychło nadejść koniec świata, koniec Krakowa i może nawet koniec Willi Decjusza. Byłaby to wielka szkoda.

Ot i cała tajemnica i legenda o Kamieniu Wawelskim!

„Co za moc jest w tym Kamieniu, że pomaga on każdemu?”

Regina Nachacz
Biało-liliowe wesele

Zakochana panna kotka

Przystrojona od miesiąca,

W białej mini, w białych botkach,

Lila róż na białych wąsach.

 

Zabujany kot kawaler,

Biały frak i muszka lila.

Wypłakuje stare żale -

Wszak do ślubu jedna chwila.

 

Przypłynęli białą łódką -

Noc ich w życiu nie rozdzieli.

Ceremonia trwała krótko,

Towarzystwo się weseli.

 

Kot smakuje lila lody,

Kotka chłepce białe mleko.

Śpiewy, tańce, korowody,

Zaś prezenty skrywa wieko.

 

Morał bajki o miłości,

Która nigdy nie zawodzi:

Miej się lepiej na baczności

Emigrując z miasta Łodzi!

Janina Rzepecka
Moja Polska z Seniorami

Jestem Polką. Znaczy to dla mnie tyle, że nie chciałabym żyć w żadnym innym kraju. Nie wiem czy to wystarczy by zyskać miano patriotki? Nieważne. Złoszczę się, gdy widzę i słyszę różne definicje tego określenia oraz spory na ten temat. Ja też dostrzegam różne niedoskonałości mojej Polski, ale równocześnie jestem dumna z Jej osiągnięć i nieustannie życzę Jej sukcesów.

Przepracowałam ponad 40 lat, jestem emerytką, po „siedemdziesiątce”, więc pewnie jak najbardziej mieszczę się w grupie ludzi określanych mianem „Seniorzy”, a jednak coś mnie osobiście uraża w tym określeniu, nadużywanym i wymawianym najczęściej z protekcjonalnym wyrazem twarzy.

Grono moich przyjaciół często dziwi się, że zżymam się na oferty i reklamy Klubów Seniora, że nie lubię uczestniczyć w imprezach „dla seniorów” i.t.p., myślałam nad tym jak tą moją niechęć wyjaśnić i uzasadnić. Otóż to, co mnie nieustannie od jakiegoś czasu razi i denerwuje to podejmowane przez Rząd, lokalnych działaczy, samorządy, dziennikarzy, prasę i inne instytucje, różne działania typu: „Zróbmy coś dla seniorów!” Najczęściej jest to związane z dotacjami UE na poprawę bytu ludzi starszych. Myślę wtedy z irytacją: Proszę bardzo! Zróbcie! Apelujcie, wnioskujcie do Sejmu i Rządu o sprawy konkretne, faktycznie ułatwiające życie emerytom, nie stwarzajcie fałszywej iluzji, że potrzeba nam tylko lekcji rysunków, tańca czy nauki obsługi komputera byśmy byli szczęśliwi. Choć to wszystko nie jest złe i umila życie, to jednak, jeśli macie głos, którego ktoś słucha, apelujcie o to, czego naprawdę nam potrzeba:

1.Zniżki na przejazdy PKP, PKS i wszelkie inne środki zbiorowego transportu.

2. Ulgowe bilety do teatru czy kina lub jeden spektakl darmowy raz w miesiącu.

3.Zniżkę na leki i otwieranie szpitali geriatrycznych.

4.Dodatek do emerytury babciom i dziadkom za sprawowanie opieki nad wnukami.

6. Podniesienie kwoty najniższej emerytury przynajmniej do 70% średniej krajowej.

Uniwersytety Trzeciego Wieku, Wczasy dla seniorów, wycieczki, kluby, to działania godne pochwały, ale…. tworząc tego rodzaju wszelkie zbiorowiska „seniorów”, robicie dla nich coś w rodzaju, (przepraszam za porównanie), getta. Czy grupy ludzi starszych trzeba jakoś izolować? Wydaje mi się, że większość z pośród osób starszych umie wybrać sobie samodzielnie ciekawą książkę czy film lub zaplanować wycieczkę. Prawie wszyscy mają też potrzebę kontaktu z ludźmi młodszymi, bo niejednokrotnie podziwiamy ich i chcemy im dorównywać a nie słuchać narzekań rówieśników i powtarzanych wspomnień „ Jak to ongiś bywało”. To, co Seniorów zamyka w domu, co sprawia, że czują się samotni i zaniedbani, to najczęściej niskie pensje! A jeśli choroba – to niestety leczona według zasady: „Już się nie opłaca”, bo leki dobre za drogie.

Słucham radia, czytam gazety, oglądam polityczne i gospodarcze dyskusje o ogólnym kryzysie. Widzę też ogólną biurokrację, źle funkcjonującą Służbę Zdrowia i.t.d. Czasem nawet widzę i wiem jak łatwo byłoby coś usprawnić, gdyby ktokolwiek liczył się z moim zdaniem, lub ze zdaniem, zwykłego, niezrzeszonego w żadnej partii Polaka.

 Jeśli jednak nic nie da się realnie zrobić z poprawą bytu emerytów, (jak w wymienionych wyżej punktach), to taki stosunek do ludzi starszych prezentowany powszechnie, jak do osób niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie, czyli z przyjaznym, ale jednak „poklepywaniem po ramieniu” nieprędko się skończy i jest tylko pozornym działaniem w kierunku tej poprawy.

Czy można coś zrobić inaczej? Myślę, że tak. Na przykład, zamiast otwierania kolejnych klubów, można by przeznaczać Unijne pieniądze na dofinansowanie leków, zabiegów i innych realnych potrzeb życiowych. Gdy te podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone w większym stopniu, wtedy, Seniorzy sami sobie zorganizują rozrywki, przyjemności i hobby. Nie umniejszając tym wcale działalności tych instytucji, których cele są podobne.

Bo przecież tak jak różni są ludzie i ich potrzeby w każdym wieku, tak i Seniorzy chcieliby mieć prawo do wyboru własnego stylu życia, na miarę swoich potrzeb i pragnień.

Jak długo jednak ich bytowe sprawy pozostaną daleko w tyle, sam rozrywka nie wystarczy.

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
1 + 2 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.