W drodze...

Teksty powstały w ramach spotkania Klubu Saga po Sadze (grupy media), które prowadziła Pani Anna Kołodziejczyk. Tematyka spotkania dotyczyła motywu drogi.

Barbara Kozubek-Marczyk
W drodze

Można pisać o tym co w sercu gra, można pisać z poczucia obowiązku społecznego, a można też pisać na określony temat. Takie pisanie na zadany z góry temat przez kilka czy nawet kilkanaście osób jest niezwykle interesujące. Doświadczyłam tego w czasie warsztatów Sagi, jak i doświadczam obecnie, gdy postanowiliśmy kontynuować spotkania w Wilii Decjusza dzięki uprzejmości jej gospodarzy. Formuła tych spotkań jest następująca. Za każdym razem prowadzenia zajęć podejmuje się inna osoba i proponuje temat do opracowania. Tym razem padła propozycja - na następne spotkanie przygotujmy tekst o tytule: „W drodze”. Bardzo ciekawa jestem jakie skojarzenia będą udziałem pozostałych uczestników spotkań. Mój esej bazuje na wymianie myśli w czasie jazdy dowolnym środkiem lokomocji.

Dlaczego hasło „w drodze” kojarzy mi się z koniecznością przywołania rozmowy ze współpasażerami, a już najlepiej jadącymi pociągiem, takim z przedziałami? Może zamknięta przestrzeń, siedzenia zwrócone do siebie wytwarzają atmosferę wspólnoty, prowokują do nawiązania rozmowy. Bardzo rzadko jeżdżę pociągami, ostatnio raczej autobusami lub autami osobowymi. Przeglądam więc wielogodzinne jazdy i szukam wśród przegadanych chwil tych, które pozostawiły niezatarte wrażenie. Dziwne, ale nie mogę zbyt wielu takich znaleźć. Mogłabym coś wymyślić na potrzebę tematu, zasymulować i włożyć w usta towarzysza czy towarzyszki podróży słowa, które miałam nadzieję usłyszeć, popróbować sił jako twórcza pisarka, ale nie czuję weny wszystkie pomysły wydają się zbyt sztuczne.

Wracam myślą do tysięcy kilometrów spędzonych w podróży przez Europę czy Afrykę, ale te odbywały się na tle Joe Dassin, France Gall czy Adamo. To oni za nas mówili, a raczej śpiewali. W samochodzie odkładaliśmy wszelkie dyskusje na bok, to była taka niepisana umowa, do głosu dochodziły cudze neutralne dla nas emocje osnute na podkładzie romantycznej muzyki, które pozwalały pochłaniać mijane krajobrazy. W takiej drodze czułam się jak w kinie i rozmowa ograniczała się do minimum potrzebnego przy wyborze trasy.

A podróże pozarodzinne, pewnie jestem kłopotliwym rozmówcą, oczekującym od osoby prowadzącej ze mną dialog własnych opinii, refleksji. Przepadam za rozmową, więcej jestem gadułą i mam własne zdanie na wiele tematów, czy mądre – oczywiście w moim pojęciu trafne, ale gdy spotkam osobę nadającą na podobnych falach jestem wdzięcznym słuchaczem. Mam w sobie jakiś przymus przekazywania wiedzy, która wydaje mi się interesująca, społecznie przydatna, takie chorobliwe belferstwo, staram się jak mogę z tym walczyć, ale milczenie nie jest moją mocną stroną.

Brak przywołania znaczącej rozmowy z tak bogatej podróżniczej przeszłości wywołał we mnie niewygodne poczucie winy, pewnie nie potrafię zbyt cierpliwie zainteresować się drugą osobą, tak naprawdę słyszę przede wszystkim siebie, słyszę to czym byłam nakarmiona w młodości, jakiś wyidealizowany obraz świata straconego bezpowrotnie przez moich rodziców, który żyje we mnie jak bliźniak pasożyt.

Ostatnio rzadziej podróżuję, zdrowie trochę szwankuje i staram się nie wypuszczać sama w drogę. Jeżeli już to miejski autobus, a tam trudniej o rozmowę, łatwiej o kieszonkowca, ale mam jeszcze jako niepoprawna spóźnialska rozrzutną przyjemność podróży linią taxi 42222222, gdzie przed południem często trafiam na pana Pawła. To mój ulubiony taksówkarz – filozof. Świetnie nam się rozmawia, często w czasie kolejnego kursu kończymy rozmowę rozpoczętą przed kilkoma dniami. Ostatnio opowiadał mi o kursie, który miał ze zdesperowaną osobą po usłyszeniu tragicznej diagnozy dotyczącej jej zdrowia. Pasażerka nie mogła się uspokoić i długo zwierzała się ze swoich problemów nie wysiadając z samochodu pod docelowym adresem. Nie będę tutaj naświetlać jej problemów, a jedynie przekażę radę jaką obdarzył ją pan Paweł i z której mi się zwierzył. Diagnoza wieszczyła pasażerce zaledwie kilka miesięcy życia – niech pani postara się tak żyć przez ten okres, powiedział pan Paweł, aby wspomnienia związane z panią jej bliscy mieli jak najlepsze, żeby tęsknili za panią z podziwem, a nie z ulgą.

Moim celem nie jest komentowanie takiego podejścia do problemu, nie wiadomo czy uda się wcielić w życie tę propozycję, pewnie się tego nie dowiemy, przecież bohaterka tej opowieści była anonimowa i taka musi pozostać, ale rada wydaje mi się mądra i godna uwagi. Czasem jedno zdanie da więcej do myślenia niż przegadane dziesiątki godzin. Podróż była krótka, z Dywizjonu 303 pod Cracovię, ale zostawiła niezapomniany ślad. W drodze, w taksówce, pociągu czy autobusie spotkania zdają się być przypadkowe, pewnie dlatego potrafimy się bardziej uzewnętrznić licząc na ulotność chwili.

Bożena Gutowska
Rozmowy w drodze...

Drzwi za mną zamknęły się same.

– Stary – no i czemu nie wpadłeś do Pitera??? Ale była impra!!!

– ....

– Przestań – on nigdy nie wpuszczał nas na chatę..... aż w końcu...

– ...

– Starych nie było – a browarek w sześciopakach. Duży rzutnik....

– ...

– Na początek skoki – pod skocznią podobno 20 tys. gardeł – a z progu woda lała się strumieniami – no to odwołali II turę.

Ale my szybciutko na „dwójeczkę” – a tam szczypiorniak.

– ...

– I Piter nie miał szans – musiał jeszcze postawić. Wineczko, przekąseczki.

– ...

– Początek był marny, ale w drugiej połowie – chłopaki zaczęli wygrywać – to darliśmy się jak na hali.

To wtedy – przyszło „wapno”, zgarnęło pilota i wypaliło – „mordy w kubeł – bo mamy wizytę duszpasterską.....

–..

– Ale czad. Ja dopiero z kompa dowiedziałem się, że wygraliśmy....

– ...

– Na finały też do niego wpadniemy. Meta super, zajebiście wygodne fotele...

– ...

– Nara.

 

– Kurde, szkoda mi pani, że pani zimno – ale jak ma pani zimne kaloryfery – to musi pani być kurde – zimno....

– ...

– Jest zima – jest zimno. A kurde, wie pani gdzie się odpowietrza ?

– ...

– No to jak kurde, pani jest taka specjalistka – to kurde, niech pani odpowietrzy...

–..

– Ja kurde, mogę tylko pani powiedzieć, kurde, że całą ekipę mam w terenie i nie wiem kiedy do pani wyślę....

–..

– Jutro rano, kurde, będzie pani pierwsza – tylko kurde, zapiszę sobie pani adres....

 

– Anka wczoraj urodziła dziewczynkę.

– ...

– Ona od tygodnia była na patologii – daj spokój – tam się tyle nasłuchała, że wszystkiego się odechciewa – nawet seksu.

– ...

– Tak, wszystko w porządku – mała jest duża i zdrowa.

–..

– Co ?

–..

– Ten jej kogucik chciał być przy porodzie, ale lekarz go wyrzucił – bo mu krew do pięt ze strachu uciekła i nie wiedzieli – czy zająć się Anką czy go cucić.

– ...

– Chłopaki od wczoraj trenują przed pępkówką.

– ...

– Pewnie, jak tylko wróci do domu – to wpadniemy. Kupiłam już sukieneczki na wyprzedaży.

 

– Jak wrócisz do domu – nastaw ziemniaki. Jestem już na Mogilskim...

– ...

– To zaczekaj.

Dzięki Bogu – wysiadam na następnym przystanku!!!

Danuta Glonek
W drodze

 „ Spotkali się w drodze…

Dla każdego z Nich miała to być zwykła przejażdżka rowerowa,

chwila wytchnienia w słoneczną, czerwcową niedzielę u progu lata...

Każde z Nich zmierzało w swoim kierunku…

Ona, będąca na początku drogi, jeszcze niepewna swych dalszych kroków,

On, dla którego trasa nie stanowiła już tajemnicy, podążający prosto wytyczonym szlakiem.

Obydwoje, - nie spodziewali się, że na zakręcie drogi pojawi się … ”NIEOCZEKIWANE”…

Czy to tylko przypadek sprawił, że właśnie tego, niedzielnego popołudnia Ich drogi

spotkały się w tym samym punkcie?..;

Czy ów cytat z niedzielnych Nauk, który do dziś pobrzmiewa jako swoiste motto,

torując drogę Jej?, Jemu ?:

„CIERPLIWOŚĆ JEST MIARĄ WIARY”…

/ …zaufać?.../

 

Fragment, który tu przytoczyłam, - niech będzie wstępem do dzisiejszej opowieści… Tekst ten powstał pod wpływem chwili; - zadedykowałam go -„ Napotkanemu Artyście”…

Rzeczywiście, takie spotkanie miało miejsce przed paru laty… Poszukiwałam wtedy własnej „drogi twórczej”, rozwijając swoje plastyczne projekty w Klubie Kultury „Paleta”, w pracowni znanego artysty - malarza. -„Mistrz”, / - bo tak do Niego zwracaliśmy się / - wpłynął niewątpliwie na „rozkwit” mojego /ukrytego dotąd/ talentu, wyzwalając „wenę twórczą”, o jakiej nie śniło się nawet Najlepszym! Pomysły i ciekawe realizacje graficzne pojawiały się u mnie „same”, - jakby Ktoś Niewidzialny prowadził  moje myśli i moją rękę ku „doskonałości”… Towarzyszyło temu uczucie euforii i radości tworzenia; -  choć czasami, -przyznaję, zmagałam się i z trudnościami. 

Zwłaszcza na początku, - pracując w nielubianej przeze mnie technice pasteli, wokół nudnawych, „martwych natur”…”Mistrz” obserwował mnie uważnie, gdy ukradkiem - zamiast patery z owocami - na moim kartonie pojawiały się… portrety kolegów przy sąsiednich sztalugach. Wtedy, nawiązała się między nami cudowna więź porozumienia, - przynajmniej ja tak to odczuwałam. - „Niech Pani wyraża siebie i to, co czuje tak, jak Pani najlepiej” - usłyszałam i doznałam dziwnej ulgi, że nie muszę już się „babrać” w tej kolorowej „kredzie”… Pojawiły się tusz, piórko i pędzel… Pokazywałam Mistrzowi moje rysunki, przedstawiałam pojawiające się pomysły, a On poświęcał mi więcej uwagi niż innym, udzielając oszczędnych rad /co nie pozostało niezauważone w grupie/… Te nasze dyskusje! - O Matejce, którym był zafascynowany, o aktualnych wystawach, o pracach, które warto zobaczyć, technikach graficznych, udziałach w wernisażach…Sądzę, że to właśnie Jego Osoba zainspirowała mnie do poszukiwania „własnej drogi” i wkrótce odnalazłam  swój styl i kierunek. Powstawały kolejne prace, wiele projektów… Mistrz aprobował, doradzał…  Jednak, po dwóch latach przebywania w pracowni poczułam, że moja indywidualna ścieżka, którą zaczęłam podążać różni się na tyle od konwencji panującej w pracowni, że praktycznie pracowałam sama, w domu. Tak więc,  po przedstawieniu swoich prac na wystawie kończącej kolejny rok w „Palecie”, poczułam, że czas na ZMIANY.

Pamiętam tamtą, czerwcową niedzielę… Wybrałam się moją „damką –retro” na przejażdżkę ulubioną trasą, - wzdłuż Rudawy - aż pod most Na Zjeździe, do Parku Decjusza… Pamiętam, że po drodze rozmyślałam nad dalszą drogą twórczą, którą obrałam; czułam się trochę zagubiona, - znów poszukiwałam „Mistrza”…

Zatrzymałam się „na kawę” pod Galerią B. Chromego… Starszy, siwy mężczyzna o oryginalnej /ormiańskiej/ urodzie zaprosił mnie do stolika. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie z uwagą, po czym wyjął szkicownik i szybkimi ruchami ręki narysował mój portret /z profilu/. Przedstawił się, - był Artystą - Malarzem, kiedyś  uczył w Liceum Sztuk Plastycznych… -Przypadek? -Przeznaczenie? ... Szybko nawiązała się  między nami nić porozumienia… Powierzyłam Mu swoje „twórcze rozterki”, a On zaproponował pomoc, zostawił swój adres i telefon dla podtrzymania kontaktu i odjechał na rowerze… Nie zapomnę spojrzenia, jakim mnie obdarzył na pożegnanie…

„Cierpliwość jest miarą wiary” - powiedział. Byłam pod wrażeniem tego Spotkania, - czyżby Los uśmiechnął się wreszcie do mnie?...

Nadeszło lato. Wyjechałam na wakacje. Tamto czerwcowe spotkanie z Tajemniczym Artystą, nie dawało mi jednak spokoju, zainspirowało mnie nawet do… „twórczości literackiej”; powstało m.in. powyższe motto, zadedykowane „Napotkanemu Artyście”…

Dopiero w połowie września zatelefonowałam i umówiliśmy się na spotkanie - konsultację w sprawie moich prac w kawiarni „Jordanówka”. Z teką pod pachą zjawiłam się w słynnym „okrąglaku”, tuż obok Błoń. Tadeusz, - bo tak miał na imię Artysta, z ciekawością przeglądał moje prace, nie ukrywając podziwu. „Profesjonalne” - ocenił na koniec i zaproponował indywidualne lekcje rysunku, zapoznając mnie pokrótce ze stylem, w jakim tworzył - „abstrakcjonizmem”… Bryły, formy, linie, - krzyżujące się i wyznaczające punkty odniesienia dla wyobrażanych kształtów… Rysowałam więc całymi dniami zadane ćwiczenia - linie poziome, pionowe i ukośne, by któregoś dnia stwierdzić, że to nie moja Droga, że hamuje to moją spontaniczność i indywidualizm. Liczyłam na coś więcej, na kontynuację własnego, wypracowanego stylu, - a nie na jego zmianę, na wejście w środowisko twórców -grafików… Tadeusz był indywidualistą, pracował „osobno”. Na wernisażu, na który mnie zaprosił, nie było wiele osób… Niewątpliwie był ciekawą Osobą, o artystycznej duszy, pisał wiersze, próbował je publikować… Pozostawaliśmy w kontakcie telefonicznym, który w jakimś sensie wzbogacał nas oboje, a może tylko wypełniał pustkę samotności?... To On telefonował, czytał mi swoje opowiadania, wiersze, pytał o zdanie... Przedłużał te „telefoniczne wyznania”, nieraz bywałam już nimi zmęczona… Ja dzwoniłam rzadko… Pamiętam, raz  zadzwoniłam, chcąc podzielić się z Nim jakimś naprędce powstałym „tekstem”, ale okazało się, że nie „w porę” /właśnie słuchał ze znajomym jakiegoś reportażu w radiu/… Zaczęłam zauważać niepokojące „egocentryczne kręgi” spowijające Osobę Artysty… Pan Tadeusz bowiem przyjmował hołdy i dedykacje, nie oferując niczego w zamian… Nawet własnoręcznie ponoć wykonywanych kartek świątecznych, ani życzeń na Święta, nawet… telefonicznie. Za to zawiadamiał o kolejnej swojej wystawie, napisanym wierszu… Był zdziwiony i niezadowolony, gdy odmówiłam przyjścia na wernisaż /zaczynała się choroba mamy/. Uświadomiłam sobie /na szczęście - w porę/, że kontynuowanie tej „dziwnej” znajomości nie ma sensu, czułam się ciągle pod wpływem Czyjejś dominacji, która hamowała mój rozwój, niewiele wtedy tworzyłam, dopadła mnie jakaś niemoc twórcza.

„Mistrza” ma się tylko jednego - pomyślałam /wspominając swojego Nauczyciela z „Palety”/, albo - samemu jest się dla siebie „Mistrzem”! I znów zaczęłam  tworzyć z radością, - w swoim stylu!

PS. Te spotkania „W drodze” stały się dla mnie cenne; dzięki nim - dziś znam granice swoich możliwości, wiem, czego chcę i do czego dążę! - By pozostać Sobą!

Halina Kaczmarek
W górach – w Tatrach

Nasze całe życie to jedna droga z różnymi zakrętami i przygodami. Czasami spotyka się na tej drodze ludzi niezwykłych, a czasami można się wykoleić, aby znowu powrócić na szlak.

Miałam niezwykłe spotkanie na szlaku z Morskiego Oka przez Szpiglasową przełęcz do Doliny pięciu stawów w Tatrach. Szlak jest bardzo widowiskowy a wtedy była niezwykle piękna pogoda. Najpierw nabiera się szybko wysokości i pierwszy widok to całe Morskie Oko z Góry a drugi do Morskie Oko i Czarny staw pod Rysami równocześnie. Szpiglasowa przełęcz to miejsce gdzie widzi się z jednej strony te dwa stawy a po dwóch krokach już Dolinę Pięciu Stawów. Właściwie to ludzi było niewiele a ja wędrowałam sama. Ze Szpiglasowej Przełęczy jest skała o dużej gładkiej powierzchni ostro nachylona na której są łańcuchy i tak na leżąco należy się ślizgać trzymając się łańcuchów. Gdy ja byłam tak w połowie tych łańcuchów, nagle widzę mężczyznę w wysokich butach z reklamówką w ręce jak idzie tuż nad tymi moimi łańcuchami. Widok był niezwykły bo szedł szybko, pewnie i jak gdyby po płaskiej powierzchni. Zjawił się nie wiadomo skąd, bo nie widziałam, żeby ktoś za mną szedł. Aż mi dech zaparło. Przeleciał jak meteor a ja uważnie przeszłam i za zakrętem go spotkałam. Zwykle ludzi nie zaczepiam, ale w tej sytuacji nie darowałabym sobie. Ciekawość mnie korciła okropnie. No i zagadałam. Wytłumaczyłam mu, że jak długo po górach chodzę czegoś podobnego nie widziałam. Jak on to zrobił. Odpowiedź była prozaiczna. Jestem komandosem i ćwiczę. Bardzo sympatyczny młody człowiek.

Góry są magiczne i ludzie, którzy wspinają się na szczyty też ale w zależności od tego na jakiej znajdują się wysokości. Wędrówka szczytami należy do koneserów szanujących przyrodę i drugiego w drodze spotkanego człowieka - towarzysza, z którym złączony jest drogą, tą samą drogą.

Halina Kaczmarek
W Beskidzie Wyspowym

W piękny wrześniowy dzień pojechałam busem na Kudłacze. Do ostatniego przystanku jechałyśmy w czwórkę. Ja z koleżanką i dwie Panie.

Gdy wysiadłyśmy Panie zapytały o boczny okrężny szlak na Lubomir. Panie były bardzo eleganckie i nie wyglądały na osoby zaprawione w pieszych wędrówkach, miały kijki. Szliśmy razem do rozwidlenia szlaków. Okazało się, że są wykładowcami akademickimi w Katowicach i pierwszy raz przyjechały na ten szlak. Odradzałam im taki długi i męczący, ale one usilnie obstawały przy swoim planie. Użyłam argumentu, że mogą nie dać rady i bardzo się zmęczą na co one mnie zupełnie zaskoczyły, bo powiedziały że w tym roku zrobiły jednorazowo 800 km. Przeszły przez Pireneje. Jadąc autobusem nie widziałam szlaków przez Pireneje. Panie przeszły szlakiem pielgrzymkowym, szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela. Mojego zdziwienia na dało się ukryć. Zrezygnowały z planowanego wcześniej szlaku. Poszły z nami i opowiadały o niezwykłej wędrówce, spotkanych ludziach, przeżyciach, i że są już innymi osobami jak przed pielgrzymką. Zaraziły mnie i teraz mam takie marzenie żeby wyruszyć na ten szlak. Niekoniecznie przez Pireneje, może z Lizbony wzdłuż klifowego wybrzeża

Urszula Chmielewska
W drodze

Jestem w drodze

Idę i idę, wciąż idę i idę

Wytrwała i zrezygnowana

Zdeterminowana i wycofująca się

Ze świadomością celu i bez celu

Spełniona i niespełniona

Szalona i wyciszona

Harmonijna i rozedrgana

Idę, skaczę, idę, biegnę, idę, zwalniam, idę, przystaję

Idę – cofam się, idę – doganiam

Idę, idę, idę…

Idę – krzyczę, płaczę, śpiewam

Idę – tańczę, czytam, śpię

Idę – wstaję, rozglądam się

Idę – nadsłuchuję, przyglądam się

Idę – jestem dla ciebie i dla ciebie, i dla ciebie…

– A dla siebie? Zapomniałaś o sobie?

– Nie! Nie! Nie! Bo im bardziej jestem dla ciebie i dla ciebie,

To tym bardziej idę dla siebie.

– Nie rozumiem!

– Nie szkodzi. Ważne, że idę.

– Ale pamiętaj, że kota można zagłaskać na śmierć!

– Pamiętam.

I dlatego…książka, kino, opery, gazety

działka, kościoły, święci

rozmowy, rozmowy, rozmowy…

Idę …coraz mniejsza

Coraz bardziej zdegradowana

Coraz częściej odpoczywająca…

– A nie sądzisz, że to takie pieprzenie kotka przy pomocy młotka

i ostatnie podrygi konającej ostrygi ?

 

No i co z tego? Jeśli nawet, to jest to moje i tylko moje.

I z tym idę… i wciąż idę…

I czuję, i śmieję się

I wiatr mnie przenika, i słońce razi w oczy

I księżyc w pełni wędrujący wśród czarno mrocznych chmur przeraża

A spadającą gwiazdę chowam do kieszeni

I dalej idę, myślę, wspominam

i idę…

Przeszłość znam jak własną kieszeń,

Chociaż czasem zasłoniona, oddalona, zamroczona,

Ale dopomina się, odsłania ni stąd ni zowąd

Zupełnie bez uprzedzenia

Teraźniejszość? Idę. I to się liczy.

Idę o własnych siłach i na własnych nogach.

Oddycham w miarę sprawnie

Serce bije mi w miarę rytmicznie

Myśli myślą mi się coraz bardziej chaotycznie, ale myślą mi się…

A tak w ogóle to wszystko jest w granicach normy i stosownie do wieku,

A czasem więcej, a czasem mniej.

 

19 stycznia 2014 roku, godzina 23.36, TVP2. Gra Leszek Możdżer i inni. Ekstatycznie, perfekcyjnie, komercyjnie. Dzisiaj widziałam „Pod mocnym Aniołem” Wojtka Smarzowskiego. Chyba jeszcze nigdy, w moim niekrótkim już przecież życiu, nie przeżyłam filmu tak fizjologicznie. Wszystko mnie bolało, było mi niedobrze i ciągnęło mnie na wymioty. Spotkałam w kinie Teresę C-S. Więc idę i spotykam. Też.

I fotel przy mnie wypełnia się witalnością i ciepłem. A jutro spotkam inne Dziewczyny z Sagi.

I może Aldona przyniesie mi „Książkę” Łozińskiego. A Ania od Promyków, wulkan energii, zaskoczy nas… No właśnie Aniu, czym nas zaskoczysz. Więc idę… idę teraz spać, bo północ tuż, tuż…

A czy jutro pójdę?

Mam 66 lat, 3 miesiące i pięć dni…

Teresa Cieślik Sapiejka
W drodze

Jechała pociągiem, był pusty. Miała świadomość, że jedzie w nieznane, tak zresztą postanowiła. Było jej obojętne dokąd pociąg ja zawiezie. Nie chciała spędzać świąt w gronie rodziny, która raz w roku udawała życzliwość i dzieliła się opłatkiem. Przez resztę roku nikt z rodziny nie miał dla niej czasu, odczuwała skrajna samotność.

Jechała w przedziale sama, zatopiona w niewesołych myślach. Pamiętała czasy kiedy Rodzice żyli, był dom rodzinny, szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo i młodość. Nawet nie wiedziała kiedy same oczy się zamknęły i ile czasu spała. Obudziły ją otwierane drzwi Do przedziału wszedł mężczyzna w brązowym habicie, bardzo chudy i wesoły. Pozdrowił chrześcijańskim "Niech będzie pochwalony" - mruknęła coś w odpowiedzi. Usiadł, życzliwie się uśmiechnął i zatopił w modlitwie. Nagle zbladł i osunął się na siedzenie. Wpadła w popłoch, nie wiedziała co robić: czy wołać o pomoc czy samej udzielić pomocy nieznajomemu.

Wypadła na korytarz i zaczęła wołać: „pomocy, pomocy, lekarza!”

Nawet nie zauważyła, gdy w zamieszaniu, jakie powstało, nieprzytomny mężczyzna odzyskał świadomość. Lekarz, który go zbadał, zalecił by zjadł najlepiej cos słodkiego (zgadując, że jest diabetykiem). Podała czekoladkę, którą zjadł-jak się okazało - ojciec Tadeusz, kapucyn.

Podróżni z sąsiednich przedziałów, niechętnie, ale jednak rozeszli się. Zapadło milczenie. Ojciec Tadeusz rozpoczął rozmowę pytając, czy kiedykolwiek była na pielgrzymce. Odpowiedziała przecząco. Zaczął opowiadać o szlaku św. Jakuba, o legendzie, która głosi, że św. Jakub i Maryja Dziewica szli po śmierci Chrystusa głosząc słowo Boże i nakłaniając ludy do nawrócenia. Było to miejsce, gdzie pewien pasterz ujrzał migoczącą nad polem gwiazdę. Miejscu temu nadano nazwę "Compostela" - Gwiezdne Pole-

Wkrótce wyrosło miasto, do którego ściągali wędrowcy z całego świata chrześcijańskiego.
I tak przez wieki podążają tą samą drogą pątnicy, nazywani "peregrinos iacobitas" a ich symbolem stała się muszla.

Idą szanując prawa i potrzeby Drogi, na spotkanie ze św. Jakubem.

Wg Ojca, to co jest niezwykłe, znajduje się „na drodze zwykłych ludzi".

Skończył i pożegnał się. Była noc, wysiadł a Ona zaczęła rozmyślać nad słowami zakonnika. Tez chciała - jak on - stwierdzić, że to co niezwykle znajduje się „na drodze zwykłych ludzi" Jeszcze tyle przede mną – pomyślała.

Anna Kołodziejczyk
Raz jeden w Cichym Zakątku

(tekst jest relacją z autentycznego wydarzenia)

 

Nasza droga w Cichym Zakątku to małe lub duże kółko wytyczone pobliskimi uliczkami. Spacerujemy tam kilka razy w tygodniu od czasu jak mój przyjaciel R. podźwignął się z paraliżu i stanął na nogi. Dla mnie to spacerek zbyt powolny i z lekka nużący, ale dla niego każdy krok to ogromny wysiłek. Pokonywanie schodów i nierówności chodnika to wyzwanie na miarę Orlej Perci i jedyna droga do odzyskania względnej sprawności po ciężkiej chorobie.

Jesteśmy jak Duży i Mały Kościelec, on niegdyś przewodnik tatrzański, ja zwyczajny górski łazik. Znamy się od czasów studenckich wędrówek, które połączyły nas w przyjacielskie koło przed ponad 40 laty. Jeszcze nie tak dawno to on wspierał nasze rodziny jako lekarz pediatra, imponował swoimi badaniami medycznymi, wyjazdami do Włoch.

Teraz ja lub ktoś z naszego koła pomagamy w rehabilitacji.

Również dzisiaj w jesienne popołudnie spacerujemy utartym szlakiem uliczek. R. stawia uważnie kroki, oparty z jednej strony o kulę, z drugiej lekko podtrzymywany przeze mnie.

Idziemy powoli, często przystając i kontrolując właściwą postawę. Ten rytualny spacer wykorzystuję do wspomnień i rozmów z nim. Wypytuję o jego wyjazdy na konferencje do Castel Gandolfo, o spotkania z Ojcem Świętym, o historię Fundacji Pro Humana Vitae, którą założył, o badania w zakresie immunologii.

Mijamy właśnie kolejny domek i młodego, na oko kilkunastoletniego chłopaka, który spaceruje w tę i z powrotem przed furtką. Doktor R. zna tu wszystkich i nie widzi powodu dla którego chłopak tu na coś czeka

– Jak myślisz, co on tu robi? – pyta R.

– Pewno czeka na dziewczynę, może nie chce dzwonić – szybko odpowiadam, chcąc wrócić do tematu.

– A ja myślę, że ma jakiś problem, jest jakiś dziwny… i w płaszczu , nie w kurtce ?

Zlekceważyłam tę uwagę drążąc temat wyjazdów do Włoch, ale R. przeszedł do analizy problemów dzisiejszej młodzieży: - Brak wzorców, a raczej za dużo negatywnych, brak autorytetu ojca, matki, rozchwiana osobowość, niestawianie granic i wymagań, itp. itd. Odpowiadam zdawkowo, trochę znudzona tematyką tak obecną w publikacjach i mediach. Ale dzisiaj rozmowa wyraźnie się nie klei. Kierujemy się w wąską uliczkę, w stronę domu, powoli zaczyna się zmierzchać. Wleczemy się noga za nogą, co parę metrów przystajemy.

 

Słyszymy przyśpieszone kroki. Mija nas niedawno widziany chłopak, spod kaptura nie widać jego twarzy. Wyprzedził nas o dobre kilka metrów. Nagle odwrócił się i rozchylając zamaszystym ruchem poły płaszcza wyjmuje coś, co wygląda jak rewolwer i trzymając go w obu dłoniach krzyczy:

– Pieniądze albo życie, bo strzelam!

W pierwszej chwili oniemieliśmy. Ta scena była żywcem wzięta z filmu! Ten ruch, ten płaszcz, tu, na tej pustej drodze 100 metrów od domu? I nagle oboje wybuchnęliśmy głośnym śmiechem! Słyszę jak R woła:

– Jak ja ci tym kulasem przyłożę!

A ja zupełnie zmienionym grubym głosem:

– Ale se babke i dziadka do rabunku znalazł! Taż nawet torebki nie mam. Cha, cha, cha!

Chłopak stał jeszcze przez chwile oszołomiony naszą reakcją i czmychnął. A my? Dopiero teraz poczuliśmy falę gorąca i zdenerwowania, dopiero teraz z nerwów zadrżały nam łydki.

Przecież ta nasza codzienna droga mogła być równie dobrze drogą ostatnią. Po chwili wróciła jednak duma z odniesionego zwycięstwa. Po powrocie do domu próbowaliśmy odtworzyć to wydarzenie, które przed naszymi oczami przewijało się jak sekwencje filmu. Jedno, co się w tym filmie nie zgadzało, to czas oczekiwania na „wsparcie” policji. Około 45 minut dzwoniliśmy na różne numery bezskutecznie! O naiwni!

Komentarze

Gratulacje!!!

I value your efforts to present the issue simply and clearly; keep it up https://ovo-game.com

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
1 + 0 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.