Niestety dzisiaj zostały w domu, więc nie mogę ich zaprezentować.
Zwykle są nierozłączne z moimi nogami. Przemierzają za mną dróżki, biegną na przystanek, wsiadają do autobusu, tramwaju, są przydeptywane jak jest tłok.
Rozglądają się ciekawie, gdy znajdą się w nieznanym miejscu, zatrzymują...
Jestem z nimi już kilka sezonów.
Parę dni temu miałyśmy przygodę.
Znienacka złapała nas ulewa, której pomagał wiatr w ten sposób, że woda lała się nie tylko z góry, ale też i śmigała w poprzek.
Wokół powstały kałuże, a następnie chodnikami zaczęła spływać wartko woda.
Moje buty starały się jak mogły jakoś wyjść z tej opresji suchą nogą, ale niestety okazało się to niemożliwe.
Po tak bliskim spotkaniu z taką ilością wody, jak również pewnie z powodu wysługi lat, na czubkach zaczęła rozklejać się podeszwa i moje ulubione chodaczki nabrały wody...
Teraz moje buty odpoczywają i zdrowieją w domu.
Zabiorę je do znajomego doktora od butów, który na pewno zaradzi odklejonym noskom – przecież trzeba się troszczyć o przyjaciół...
PS.
Aha!
Zapomniałam je przedstawić.
Otóż buty są typu sportowego i mają tę właściwość, że oddychają...
Są bardzo wygodne, zapinane na rzepy, które przy zapinaniu wydają radosne odgłosy – jak psiak przed spacerem... no to idziemy!