Bohaterowie serialu

Romana Cieśla
Marianna

W 1971 roku, Marianna miała 19 lat. Zdała śpiewająco maturę i rozpoczęła studia na Politechnice Warszawskiej. Zawsze lubiła przedmioty ścisłe, nauka szła jej bardzo dobrze. Mieszkała z rodzicami i siostrami w bloku na Mariensztacie. Budżet rodzinny był raczej skromny, ale rodzice robili wszystko, aby wykształcić wszystkie trzy córki. Dlatego Marianna, jako najstarsza, wybrała bardzo praktyczne studia, które chciała w terminie ukończyć, żeby jak najszybciej zacząć pracować, usamodzielnić się, odciążyć rodziców.

Egzaminy i zaliczenia robiła w terminie. No ale egzaminy i wykłady to przecież nie wszystko, co liczy się w życiu 20-letniej dziewczyny. Istniało jeszcze tzw. życie studenckie, które w latach 70. było bardzo ciekawe i beztroskie, zwłaszcza w Warszawie. Bywała w studenckim klubie politechniki Stodoła. Na drugim roku była kilka razy w uniwersyteckich Hybrydach, które wkrótce niestety przestały działać.

Jednak pozornie beztroskie życie studentki Marianny, na którą koledzy mówili Majka, wcale nie było takie beztroskie. Mimo, że na studiach otaczali ją prawie sami koledzy, żaden z nich jej nigdy nie zainteresował. Była przez nich lubiana; traktowali ją jak kumpla. Jeździli razem na wspólne wypady, rajdy, obozy wędrowne. Jednak dla Majki zawsze ważniejsze było towarzystwo nielicznych na politechnice koleżanek niż kolegów. Właściwie tak było już w liceum, koleżanki były najważniejsze. Jako nastolatka dużo o tym myślała; zastanawiała się dlaczego nie podobają się jej chłopcy ? Niepokoiła się; co z nią jest nie tak ? Nie akceptowała tej dziwności u siebie. Myślała, że jak pójdzie na studia i pozna innych, ciekawszych kolegów, to w końcu któryś ją zafascynuje i może się nawet zakocha ? Ale nic z tego, już po pierwszym roku zrozumiała, że mężczyźni jej w ogóle nie interesują. Wolała zdecydowanie towarzystwo dziewczyn, lubiła na nie patrzeć, słuchać jak się śmieją i nawet jak rozmawiają o chłopakach. Zawsze była gdzieś w otoczeniu taka dziewczyna, której obecność była dla Majki bardziej ekscytująca. Te koleżanki zwykle nie miały dla niej tyle czasu, ile Majka by chciała, bo one oczywiście wolały towarzystwo chłopców i umawiały się wieczorami na randki z chłopakami. To było smutne, zaczęła przykro odczuwać swoją odmienność, poczuła że jest jakby gorsza. No i nie było nikogo, z kim mogłaby o tym pogadać. Z rodzicami nie potrafiła. Na dodatek rodzice i siostry coraz częściej dopytywali się, kiedy przyprowadzi swojego chłopaka. Zaczynało do niej docierać, że chyba właśnie jej osobiście dotyczą te okropne słowa, które koledzy ze śmiechem wymieniali opowiadając niewybredne dowcipy i kawały. Słowa takie jak: lesbijka, homoseksualizm, zboczenie. Oni mówili pogardliwie: lesbije, homosie, pedały, zboki i ryczeli przy tym ze śmiechu. Nawet ona sama kiedyś śmiała się z tych dowcipów. A teraz? Co z tym zrobić? Jak z tym żyć? Dlaczego ją to dotknęło? Straszne!

Pod koniec studiów wiedziała już na pewno, że nigdy nie wyjdzie za mąż i pewnie nigdy nie będzie miała dzieci. Jest lesbijką, pociągają ją kobiety. Poszła do seksuologa. Pani seksuolog powiedziała, żeby raczej wybiła sobie z głowy tę orientację, bo w polskim kręgu kulturowym, nawet w Warszawie, ma małe szanse na dobre ułożenie sobie życia zgodnie z naturalną preferencją.

W 1976 roku Marianna skończyła studia i podjęła pracę w dużym biurze projektów w Warszawie. W tym samym roku były słynne wydarzenia w Radomiu. Zaczęła interesować się polityką, zbliżyła się do działaczy KOR-u. Praca społeczna i zawodowa pochłaniały ją bez reszty. Ale prywatnie jest ciągle sama, w nocy często płacze. Czasem spotyka się z koleżankami, które są już zamężne lub mają narzeczonych; nie ma o czym z nimi rozmawiać - ona o polityce, a one o dzieciach lub facetach. Czuje się z tym coraz gorzej. Rodzice są dobrzy, bardzo życzliwi, ale taktownie już o nic nie pytają, a ona nie mówi. Pełne tabu, temat omijany przez wszystkich.

Przyszedł rok 1980 i tak zwany karnawał Solidarności. Marianna wyżywa się w działalności Solidarnościowej. Potem stan wojenny i konspiracja. Bardzo wiele kobiet konspiruje i to niezwykłych kobiet; mądrych, odważnych, energicznych i pięknych. Zarząd Regionu Mazowsze „S” w podziemiu tworzą prawie same kobiety. Marianna jest zafascynowana, do tej pory nie znała takich fantastycznych kobiet. No i zakochała się w jednej dziennikarce, z którą spędzała bardzo dużo czasu razem; ale co z tego? Dziennikarka ma męża, co prawda internowanego, ale ma. Czyli, platoniczna miłość bez szans na prawdziwą bliskość. Majka musi ukrywać swoje uczucia, a w kamuflażu jest dobra - lata praktyki zrobiły swoje. Tylko w nocy ryczy do poduszki. No bo co zrobić z tymi uczuciami? Czy one są mniej warte niż uczucia tzw. normalnych ludzi? Czy ona nie ma prawa do miłości? Dlaczego nigdzie nie można się dowiedzieć jak z tym żyć? Właściwie nie ma sensu takie życie. Przecież ona nie chce być zakonnicą. Dawniej to pewnie wszystkie lesbijki szły do klasztoru. Ale teraz jest XX wiek, no i co, dalej to samo? Dlaczego jeszcze w szkole nie mówiono, czy ma prawo taka być? Tyle pytań, na które nikt jej nie odpowie!

Skończył się stan wojenny, kontakty z niezwykłymi kobietami są coraz rzadsze. Marianna ma już swoje mieszkanie, ale życia osobistego, ani towarzyskiego nie ma. Ciągle jest sama. W pracy jest nieźle. Pozornie niezłe życie. Ale pustka ją zabija. Kiedyś leży i słucha piosenki Rolling Stonesów Everybody needs somebody to love. Tak, każdy potrzebuje kogoś. Ona też potrzebuje! Ale gdzie w Polsce są takie kobiety? Jak je rozpoznać? Czy ma wyjechać za granicę? Jak dalej żyć?

Jest koniec lat 80-tych, lata lecą. W 1989 roku zmienia się w Polsce władza i system społeczny, w 1990 pojawiają się początki demokracji. Powstają różne grupy i organizacje, ale Marianna nie ma już sił, brak jej energii. Jej życie jest coraz bardziej monotonne, smutne, wyprane z emocji. Rano nie ma ochoty wstawać z łóżka i iść do pracy, nic jej nie cieszy. W 1991 roku ma 39 lat i coraz częściej nawiedzają ją myśli samobójcze.

 

Anna Okrzesik
Katarzyna

                Wszyscy goście już wyszli, czterdzieste pierwsze urodziny Katriny okazały się wielkim sukcesem towarzyskim. Przyjaciele jak zwykle stanęli na wysokości zadania, przyszli prawie wszyscy. Teraz, kiedy w domu zrobiło się pusto i cicho, Kasia, jak mówi do niej mama, może nareszcie odpocząć, pomyśleć, powspominać… A ostatnio tyle się wydarzyło…

                Dwudzieste pierwsze urodziny – rok 1971, drugi rok studiów medycyny na uniwersytecie Tor Vergata, w Rzymie, gdzie zamierzała rozpocząć samodzielną egzystencję w malutkim pokoiku na poddaszu. I choć był on położony niecałą godzinę drogi od rodzinnego domu w Ostii, wydawał się wtedy odległym od rodziców o lata gwiezdne królestwem. Wtedy też poznała swojego przyszłego męża – Andreasa. Już wtedy zapowiadał się na świetnego prawnika. Odbywał właśnie praktyki w znakomitej kancelarii na via Boccea, kilka minut drogi od jej mieszkania.

Codziennie rano pili to samo coretto w barze na rogu i tak to się zaczęło. Andreas, syn Polki i Niemca, urodzony jak ona, we Włoszech, czuł podobnie jak ona, że gdzieś na świecie jest jeszcze jakaś jego ojczyzna, ojczyzny? Połączyły ich najpierw uśmiechy nad kawą, potem zdawkowe rozmowy, w końcu świadomość tej dziwnej, ni to włoskiej, ni to obcej przynależności. Dwa lata później zostali małżeństwem. Po przeprowadzce na via Aurelia urodziło się im dwoje dzieci. Lukas i Anna – bliźnięta. Szczęśliwie, przy ogromnym wsparciu ze strony męża udało się jej skończyć studia i rozpocząć prace w jednym z najstarszych rzymskich szpitali – Bambino Gesu.

Kolejne dziesięć lat, to okres wytężonej pracy, zawrotna kariera Andreasa, jej pełna poświęcenia walka o życie pacjentów, których wszystkich, bez wyjątku pamięta, dorastanie bliźniaków i ciągłe zamartwianie się kondycją ojca, który coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Aż w końcu w 1981 roku, stało się to, czego obawiała się najbardziej. Po ostatnich doniesieniach z Polski, gdzie wprowadzono stan wojenny, serce ojca nie wytrzymało. Zawsze śledził losy ojczyzny z ogromnym zaangażowaniem. Zawsze się martwił, że zostawił Polskę dla lepszego bytu, mówił o sumieniu, egoizmie. Czasem obie z matką nie mogły już tego słuchać. W końcu nikt za niego tego wyboru nie dokonał. Nikt go nie zmuszał. Postanowił zostać we Włoszech, założyć tu rodzinę…Tyle, że nigdy nie wyzbył się wątpliwości.

Kiedy zmarł, właściwie na rękach Katriny, która nie mogła powstrzymać kolejnego, trzeciego już zawału, skończył się dla niej jakiś ważny, może najważniejszy etap w życiu.

Zawsze później ojca idealizowała. Nie przyjmowała po prostu do wiadomości, że nie wszystko w jego życiu było takie jasne, czyste i odpowiedzialne.

Nawet wtedy, po jego śmierci, nie mogła uwierzyć, gdy matka powiedziała jej, że gdzieś w Polsce ma przyrodnią siostrę, Gertrudę. Dowiedziała się o tym rok po odejściu ojca, gdy przeglądała jego dokumenty. Natknęła się wtedy na listy od byłej narzeczonej - Wandy, z którą korespondował od lat. Jej córka, Gertruda nawet przez cały 1987 rok mieszkała w Latinie, pod Rzymem, w obozie dla uchodźców i stamtąd wyemigrowała do Toronto w Kanadzie.

Była tak blisko… Czy spotykała się z ojcem, czy mówił jej o niej, Katrinie? Czy jest do niej podobna? Jest starsza, ale o ile? Czy znajdą wspólny język jak do niej pojedzie?

Dwa lata później, w 1990 odnalazła ją z pomocą Andreasa i jego koneksji na całym świecie, ale wtedy bliźniaki zdawały maturę. Rozmawiały tylko przez telefon. Nie wydawała się być zaskoczona. Chyba jest miła?... Za cztery dni się zobaczą….

Jolanta Mirecka
Gertruda

Wygląd: 170 cm wzrostu, intensywnie niebieskie oczy, długie, gęste naturalnie układające się blond włosy, zgrabne długie nogi, szczupła, dość duży, jędrny biust. Określają ją – seksowna blondynka.

Cechy charakteru: nieprzeciętnie zdolna z fenomenalną pamięcią. Samodzielna w czynach i w podejmowaniu decyzji. Potrafi szybko pozbierać się po emocjonalnych katastrofach. Jeśli ma powód jest mściwa. Swoje postanowienia doprowadza do końca. Nie potrafi zaufać ludziom, nie ma przyjaciół. Nie szuka kontaktów z rodziną.

Gertruda urodziła się 13 grudnia 1941 roku na Białorusi. Jest nieślubnym dzieckiem Wandy i Romana. W małej wiosce żyje z piętnem nieślubnego dziecka i bękarta. Matka nauczycielka – panna z dzieckiem – nie potrafi pokochać Gertrudy, winiąc ją za swoje przegrane życie. Gertruda jest dzieckiem niechcianym, szykanowanym przez rówieśników i izolowanym przez mieszkańców wsi.

W 1952 r. kiedy Gertruda kończy czwartą klasę, dziadkom z Szydłowca udaję się sprowadzić wnuczkę do Polski. Przerażone zmianą dziecko z miejsca zdobywa ich serca i mimo początkowych trudności z adaptacją w nowym środowisku, odnajduje się w polskiej szkole. Okazuje się, że ta poważna i smutna dziewczynka jest szalenie zdolna i ma fenomenalną pamięć. Szczególnie interesują ją nauki ścisłe chemia, fizyka, biologia.

Szybko opanowuje materiał po polsku. Znajoma dziadków uczy ją języka angielskiego i niemieckiego. Po roku intensywnej nauki Gertruda bez problemów rozmawia w obu językach. W szkole bierze udział we wszystkich olimpiadach naukowych i tym sposobem zapewnia sobie wstęp bez egzaminu, do każdej wybranej przez siebie szkoły średniej. Postanawia zostać chemikiem.

Rok 1957. Gertruda wybiera technikum chemiczne w Kielcach, mieszczące się na ulicy Marchlewskiego. Pakuje niewielką walizkę i przenosi się do internatu szkolnego na ulicy Krakowskiej. W niewielkim pokoju stoi 5 piętrowych łóżek i dziewczynka nie potrafi odnaleźć się w ciągłym zamieszaniu i hałasie.

Schronienia i ciszy szuka w kościołach. Tak trafia do Kościoła Garnizonowego przy ulicy Chęcińskiej. Jest to jedyny w tym czasie ogrzewany kościół w Kielcach. Tam nawiązuje kontakt z siostrami zakonnymi. Całymi godzinami przesiaduje na chórze plecami oparta o gorące kaloryfery, ucząc się, słuchając gry na organach i czytając wszystkie książki jakie wpadną jej w ręce. Siostry przynoszą jej kanapki z serem i kawę zbożową, równocześnie sączą opowieści o powołaniu, świętym życiu, przyjaźni, o opiece siostry przełożonej, jak również o wspólnej, bezkonfliktowej, kochającej się rodzinie zakonnej. I tak przy kanapkach, wśród szeptów, muzyki, świec, obrazów i ciepła kaloryferów Gertruda doznaje objawienia. Czuje się powołaną i postanawia zostać mniszką.

W 1958 roku, kiedy kończy 16 lat, profesor Jakubowski prowadzący pracownię chemiczną dostrzega rozkwitającą, nieśmiała blondynkę bez zaplecza rodzinnego. Powierza Gertrudzie zadanie zaopatrywania klasy w potrzebne odczynniki. Przed każdą lekcją udaje się ona do magazynku po preparaty. Tam na stercie białych fartuchów, wśród buteleczek i probówek za jednym zamachem traci dziewictwo i wiarę w Boga, a odkrywa radość z seksu. Teraz odwiedza magazynek przed każdymi zajęciami. Czeka tam na nią jej profesor. Gertruda postanawia zostać kobietą światową, żoną i matką.

W 1959 roku zachodzi w ciąże i kiedy w 6-tym miesiącu mówi o tym profesorowi, zostaje brutalnie pobita. W szoku biegnie do parku miejskiego, gdzie rodzi martwe dziecko. Zakopuje je pod kasztanem obok pomnika Żeromskiego. Kiedy powraca do zdrowia, zaciska zęby i bierze się do nauki, nadrabia zaległości, szlifuje języki. Odczynniki przygotowuje teraz słodka brunetka. Gertruda „zaprzyjaźnia się” z córką woźnego Olą. Po skończeniu szkoły odwiedza ją dość często wysłuchując plotek szkolnych. Do kuratorium, do telewizji i na policję, zaczynają przychodzić anonimy, w których ktoś ze szczegółami opisuje pozalekcyjną działalność profesora. Profesor zostaje aresztowany i skazany na 10 lat więzienia. Gertruda pozostaje anonimowa. Postanawia zostać naukowcem.

W 1962 kończy technikum z samymi bardzo dobrymi ocenami i bez problemu dostaje się na studia. Studiuje chemię i biologię równocześnie. Zaczyna uczyć się języka chińskiego i portugalskiego.

W czasie wszystkich wakacji pracuje NRF zbierając truskawki, rabarbar i kalafiory. W ten sposób zarabia na następny rok nauki. Z jej fenomenalną pamięcią nauka nie sprawia jej kłopotów. W Krakowie czuje się szczęśliwa i spełniona. Nieszczęśliwe dzieciństwo i fatalny związek z Jakubowskim powoduje, że unika kontaktów z ludźmi, a zwłaszcza z mężczyznami. Postanawia zostać misjonarką.

W 1968 kończy studia z pierwszą nagrodą. Dostaje propozycję pracy naukowej i pisania doktoratu na wydziale biochemii. Mieszka w jednoosobowym pokoju w akademiku, z używalnością wspólnej kuchni i wspólnej łazienki. Rzuca się w wir pracy i nauki. Często jeździ do dziadków do Szydłowca jak również do Kielc, gdzie godzinami przesiaduje na ławce w parku pod kasztanem, obok pomnika Żeromskiego.

W Krakowie działa w organizacji Polska Akcja Humanitarna Janiny Ochojskiej.

W 1980 wyjeżdża z pierwszą misją pokojową. Kiedy wraca zapisuje się na uniwersytet medyczny i z właściwą sobie zachłannością na wiedzę, kończy je w rekordowo krótkim czasie.

W 1988 likwiduje krakowskie mieszkanie i wyjeżdża do szpitala w Ugandzie, gdzie wszelki ślad po niej ginie. Pomimo poszukiwań do dziś nie ma o niej żadnej wiadomości. Gertruda - fizyk, chemik, biochemik, lekarz, znająca biegle angielski, niemiecki, chiński, portugalski, rosyjskim, białoruski i polski, być może żyje gdzieś w świecie niosąc pomoc potrzebującym.

A lepiej by miała gdyby została na tej Białorusi.

Elżbieta Boroń
Wanda

Nowy Rok 1971 zastał Wandę wraz z mężem Filipem w domu wczasowym w Polanicy Zdroju. Są tu już od tygodnia, przyjechali aby Wigilię i Święta spędzić z Rodziną córki Gertrudy, która spodziewa się drugiego już dziecka. 4-letni Michaś też oczekuje siostrzyczki. Od kilku dni docierają do nich informacje o zamieszkach w Gdańsku. Jak to bywa z początkiem roku, Wanda planuje, że po 25 latach pracy w szkole w Szydłowcu i 10 latach pracy na Kresach, czas na emeryturę i zmiany. Mąż również zbliża się do wieku emerytalnego. Oboje postanawiają wykorzystać gierkowską inicjatywę bogacenia się by spróbować popracować na własnym „podwórku”. Rodzice Wandy, mimo że są w starszym wieku, zgadzają się aby w ich domu urządzili kawiarenkę z widokiem na sad który, dzięki wysiłkom Wandy i Filipa, stał się pięknym i zadbanym ogrodem. Udało się, spotykają się tu ludzie, którzy działają w Towarzystwie. Miłośników Ziemi Szydłowieckiej oraz w domu kultury w starym zamku. Wanda z Filipem zaangażowali się w działalność kulturalną na zamku, oboje organizują kursy językowe dla dzieci, wieczorki literackie, itp. Mimo upływu lat, doskonale pamięta co potrafili z Polakami robić rosyjscy komuniści na Kresach i wywózki na Syberię.

W latach 80-tych zaczęła aktywnie działać w podziemnej Solidarności. Pomagała w redagowaniu ulotek i podziemnych gazetek, oboje z mężem wspierali rodziny aresztowanych w stanie wojennym. Ale też dom rodzinny w Szydłowcu Wanda starała się uczynić oazą i przystanią nie tylko dla córki, która po studiach zamieszkała ze swą rodziną w Krakowie, lecz także dla rozproszonego po kraju rodzeństwa. Bardzo często w święta gromadziły się u niej całe rodziny sióstr: Bronisławy i Konstancji a nawet ks. Władysław, który dawał kuzynkom śluby i chrzcił ich dzieci. Wraz z mężem z radością przywitali rok 1989 i pilnie śledzili nowe porządki. Wanda dość szybko oswoiła się z internetem i w wieku 84 lat założyła bloga w którym komentowała wydarzenia polityczne w kraju. Do końca życia była bardzo aktywną osobą.

Jadwiga Zgorzelska
Konstancja

Konstancja i Feliks w 70 roku kupili działkę na Mazurach. Plany zabudowy są gotowe, Feliks osobiście się tym zajął. Córki dorastają, Marianna już w tym roku rozpoczyna studia, za parę lat prawdopodobnie zostaną sami i wtedy, już na emeryturze, będzie można uciec z Warszawy na całe lato. Konstancja jest wdzięczna losowi za dobrego męża i trzy wspaniałe córki. Perspektywa spełnionego marzenia w postaci domu na Mazurach przepełnia ją radością. Ten spokój burzy niespodziewana choroba. W trakcie rutynowego badania okazuje się, że Konstancja ma raka piersi. Leczenie jest uciążliwe, ale przynosi rezultaty, między innymi dzięki wsparciu rodziny.

Na ślubie Marianny w 76 roku jest już prawie wyleczona. W 78 roku zostaje babcią. Marianna z mężem i dzieckiem mieszkają w Łodzi, bo tam łatwiej im było znaleźć pracę i mieszkanie.

W 81 roku Weronika wyjeżdża na stypendium do Francji i tam zastaje ją stan wojenny. Nie wraca w planowanym terminie, wkrótce poznaje Michela. Próbują ułożyć sobie życie, ale po niespełna 2 latach się rozstaną. Weronika jednak już do Polski nie wróci, z rodzicami i siostrami utrzymuje kontakt jedynie korespondencyjny. Pierwszy raz przyjedzie z wizytą do Polski dopiero w 90 roku.

W 83 roku wychodzi za mąż najmłodsza córka Jadwiga. Wraz z mężem w oczekiwaniu na spółdzielcze mieszkanie mieszkają razem z Konstancją i Feliksem. W tym samym roku Konstancja przechodzi na emeryturę. Feliks nadal bardzo intensywnie pracuje. Wakacje, czasem też weekendy spędzają na Mazurach. Mają tam grono serdecznych przyjaciół, którzy również uciekają od gwaru miasta.

W kwietniu 86 roku podczas wielkanocnego pobytu na wsi Feliks nagle umiera na zawał. Konstancja, mimo wsparcia rodziny i przyjaciół nie potrafi otrząsnąć się z szoku. W tym samym roku, kilka miesięcy później Jadwiga rodzi syna Piotra. Po urlopie macierzyńskim wraca do pracy, a Konstancja z zapałem zajmuje się wnukiem. W 90 roku Jadwiga z mężem i Piotrusiem wyprowadzają się do nowego mieszkania w bloku na Pradze, Piotruś idzie do przedszkola.

Konstancja zostaje sama. Nie jest jeszcze stara, ma 69 lat i jest w pełni sprawna, ale czuje się bardzo samotna. Nie wie, jak potoczą się jej dalsze losy.

Antoni Niedziałkowski
Ksiądz Władysław

Rok 1971 był dla księdza Władysława znaczącym. Czuł nadchodzące zmiany. Oczekiwał ich nawet, zmęczony niechęcią nowego proboszcza Kościoła Wszystkich Świętych w Krościenku nad Dunajcem. Główną przyczyną tej niechęci był mir jaki miał wśród parafian ceniących go za empatię, umiejętność słuchania i pomoc jakiej udzielał potrzebującym. Znał tu prawie wszystkich. Bardzo lubił i cenił sobie pracę z dziećmi i młodzieżą. W latach 50-tych współtworzył pierwsze grupy Oazowe. Przy ich organizacji i prowadzeniu poznawał wielu młodych ludzi. Do dziś utrzymuje z wieloma z nich kontakt a z niektórymi wręcz się przyjaźni.

W kwietniu 1973 roku, ksiądz Władysław zostaje wikariuszem w parafii Św. Wojciecha BM i Podwyższenia Krzyża św. W Rożnowie. Sposób, w jaki został przyjęty przez nowego przełożonego potwierdza obawy księdza Władysława, że został już zarekomendowany przez Proboszcza z Krościenka. W nowym miejscu ks. Władysław angażuje się w pracę duszpasterską ze zdwojoną energią. Jego wysiłki przynoszą szybko rezultaty. Podobnie jak w Krościenku jest ubóstwiany przez parafian, mniej przez przełożonego.

Rok 1976 Ksiądz Władysław zostaje przeniesiony do Parafii Matki Bożej Bolesnej w Limanowej. Zostaje serdecznie przywitany przez proboszcza i poinformowany o negatywnej opinii z Rożnowa, która go wyprzedziła. Wraz z tą informacją ks. Władysław dowiaduje się, że proboszcz sam wyrabia sobie zdanie o ludziach i ta opinia nie ma dla niego znaczenia. Ksiądz Władysław rozpoczyna pracę w Limanowej, a w kraju zamieszki i strajki zapoczątkowane w Radomiu. Czas trudny dla całego społeczeństwa, również kapłanów. Ks. Władysław poza swymi obowiązkami kapłańskimi coraz bardziej angażuje się w pomoc poszkodowanym i prześladowanym przez milicję i SB. Często wyjeżdża do Krakowa, nawiązuje kontakty z członkami KOR-u.

W dniu 15 maja 1977 roku ks. Władysław uczestniczy w poświęceniu przez ks. Kardynała Karola Wojtyłę Arki Pana w Nowej Hucie. Przy tej okazji poznaje osobiście późniejszego Papieża. Jest pod wielkim wrażeniem Jego osobowości. To spotkanie ma istotny wpływ na dalsze życie ks. Władysława, który od kilku lat przeżywa kryzys wiary. Rozważa nawet wystąpienie ze stanu kapłańskiego. W czerwcu 1979 podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski uczestniczy w mszy odprawianej przez Papieża na Krakowskich Błoniach. Jest to dla niego wielkie przeżycie. Po mszy wraca do Limanowej. Czuje się tu dobrze. Jest lubiany i ceniony nie tylko przez parafian, ale i przez Proboszcza. Ma, więc dużo pracy w Parafii a także poza nią w różnych miejscach w kraju. Wielu z jego dawnych uczennic i uczniów, dorosło zakłada rodziny i proszą go o danie ślubu, czy też ochrzczenie dziecka. W kolejnych latach ks. Władysław angażuje się coraz bardziej w pomoc prześladowanym opozycjonistom. Często wśród nich trafia na swoich wychowanków. Szczególnie trudnym okresem są dla niego lata od 1980 do 1983. Okres strajków na Wybrzeżu i stanu wojennego. Jego aktywność poza parafią zwraca uwagę SB, która zaczyna się nim interesować. Rezygnuje z pewnych zajęć, tym bardziej, że zaczyna mieć problemy zdrowotne. Kolejne lata to praca w Parafii, wyjazd do Rzymu na leczenie. Po czterech latach powrót do Polski z zaleceniem oszczędnego trybu życia. Trudne to zalecenie do zrealizowania dla ks. Władysława. Podczas choroby i leczenia przekonał się jak wielu ludziom jest bliski i jak jest dla nich ważny. Trzeba to teraz oddać. Z dnia na dzień następują zmiany Okrągły Stół, pierwsze wolne wybory to czas nowych wyzwań i intensywnej pracy.

Anna Marek
Gustaw

List wysłany w lipcu 1974 roku.

Moje Ukochane

Wiem, że nie mam prawa tak Was nazywać. Ten list jest wołaniem o ratunek, jak list rozbitka wysłany w butelce. Nawet teraz pisząc te słowa, nie wiem dlaczego tak postąpiłem, jak mogłem zostawić Ciebie Broniu samą z tymi dwiema kruszynkami. W obcym mieście, w tak straszny czas.

Mimo wzburzenia i rozpaczy która mi do dzisiaj towarzyszy, kiedy myślę o tym co się stało, spróbuję napisać dla Ciebie moją historię.

Powstanie na Węgrzech dogorywało, był 9 listopada 1956 roku. Ja mimo swojej sympatii do Węgrów i ich Sprawy byłem przedstawicielem władzy komunistycznej. Późnym wieczorem udało mi się na chwilę opuścić budynek ambasady. Podwieziono mnie na Wzgórze. Nasza Buda zatopiona w czereśniowych sadach płonęła. Wyskoczyłem z auta i biegłem krętymi uliczkami. Na latarniach, głowami w dół wisieli szpicle. To pod nimi rozpalano ogniska. Mijały mnie grupki ludzi z bronią, zaglądali w twarz, szukali ofiary. Wróciła do mnie wojna, znowu uciekałem, znowu mnie tropiono. Przemykałem miedzy willami z zatrzaśniętymi na głucho, okiennicami, wpadłem do domu. Byłyście. Rozmawiając z Tobą zupełnie bezwiednie spakowałem dokumenty i rzeczy osobiste. Nocą wróciłem do ambasady. Następnego dnia 10 listopada, wiedziałem o tym wcześniej, neutralna Austria otwarła granice. Razem z falą uciekinierów ruszyłem i ja. Po dwóch dniach byłem w Wiedniu w brytyjskiej ambasadzie. To oni pomogli mi w emigracji do Australii i urządzili tam na początku. Byłem przecież aparatczykiem a to miało dla nich pewną wartość. Mieszkałem w Brisbane - rajskie miejsce. Wszystko jest tam stałe i przewidywalne. Bezchmurne niebo i przyjazny klimat, ciepło.

Zostałem antykwariuszem. Mój sklepik sąsiadował z trafiką prowadzoną przez młode małżeństwo z dwójką chłopców. Kiedy się z nimi na dobre zaprzyjaźniłem, okazało się, że są rodowitymi krakowianami i podopiecznymi Oskara Schindlera. Rodzice Niusi prowadzili mały bar na rogu Karmelickiej i Alej a Maniek był chłopakiem z Podgórza z charakterystycznym zaśpiewem w głosie. Wieczny kogucik, nieduży i szybki i ciągle zainteresowany dziewczynami. Ale splajtowali, Maniek zmarł na serce, a ja poślubiłem Niusię, była piękną kobietą. Wieczorami rozkładaliśmy na stole mapę Krakowa i spacerowali, zaglądali do sklepów, przesiadywali w kawiarni. Napisałem była, bo któregoś dnia znaleźliśmy ją z chłopcami w garażu, siedziała w aucie, silnik cicho pracował a pomieszczenie wypełniał smród spalin. Henry i Victor, bo tak mają na imiona moi pasierbowie, to wspaniali mężczyźni. Teraz, kiedy Polska otworzyła się na świat, takie mam wrażenie, rządzi przecież prozachodni Gierek postanowili, zobaczyć Kraków, w którym się urodzili. To właśnie oni namówili mnie, żebym spróbował Was odszukać. Przestałem wreszcie się tak bać a zresztą niewiele mam do stracenia. Nie uwierzyłybyście ale stałem się kimś na kształt Robinsona Crusoe. Mieszkam na skraju buszu w domku zbudowanym z bali. Spisuję historię porwanych aborygeńskich dzieci, szukam ich miejsca urodzenia, bliskich. Podobno robię dużo dobrego. Henry wpadł na pomysł wysłania listów już w Polsce, na nasz stary krakowski adres i do Twojej rodziny w Szydłowcu. To mój jedyny ślad po Was. Mam w sercu nadzieję.

Gustaw

Dodaj komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
11 + 2 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.