Dodaj komentarz

O Białej Damie, kucharzu i nieślubnym dziecku w scenerii Willi Decjusza

Anna Kowalska
Kaczka w aromacie

– Głowna nagroda gali kulinarnej Wine & Food Noble Night za „Kaczkę w aromacie czerwonego wina z puree dyniowo –pomarańczowym w otoczeniu figi i malin” wędruje do – prowadzący zawiesza głos – Restauracji w Willi Decjusza w Krakowie. Szef kuchni – Krzysztof Grzanka. Serdecznie gratulujemy, zapraszamy na scenę.

 

– Ewa, Ewunia, nie uwierzysz wygrałem w kategorii danie główne. Tak za kaczkę, będziesz musiała wreszcie spróbować, wiem że nie cierpisz kaczki, żarcik. Wiesz kto mi wręczał? Prokop, no Marcin Prokop, tak ten. Nooo, teraz będę musiał pogadać o podwyżce. Kończę, straszny harmider i nic nie słyszę, zobaczymy się wieczorem, pa słonko, ucałuj Zuzię.

 

– Krzychu, zupa szpinak z Williamsem, kozi ser z bobem raz, danie dnia, dwa razy lody w otoczeniu. Aha Pani się pyta czy gruszka aby nie z puszki.

– Powiedz Pani, że z placu gruszka od baby. Halinka, szykuj karmel i gorgonzolę, lody będą na deser. Mateusz, weź się rusz, płucz bób i gruszki obieraj. Kto znowu przypalił patelnię i wrzucił do szafki?

– Krzysiek, Krzysiek jakaś laska do ciebie.

– Szefie nie mam czasu, gości mamy i katering na Wawel szykuję.

– Mówi, że musi się z Tobą zobaczyć i nie wyjdzie. Dziwna jakaś ale niezła. Pogadaj z nią szybko i się odczepi.

– Dobra, Halina robisz sama lody, ja tylko dekor, Mateusz mieszaj tą zupę, spróbuj a Marek niech przystawki wydaje. Jestem za 5 minut.

 

– Krzysiu – cmok w policzek znienacka – gratuluję Ci serdecznie wygranej, wiem jak się napracowałeś.

Usztywnione, – dzień dobry, przepraszam ale chyba się nie znamy.

– Nie żartuj ze swojej kaczuszki. Widziałam ile godzin ćwiczyłeś, sam, w nocy. Te wszystkie kaczki, pamiętam zapach każdej, ta przypalona, ta ze skwaśniałą dynią, no i wreszcie ta trafiona w punkt, rozkoszna nuta pomarańczy i wina. Podziwiam Cię, na następny konkurs gdybyś chciał to mogłabym ci podsunąć przepis na ogony bobrowe a la Łaski. Chętnie cię nauczę, mam mnóstwo czasu nocami. A teraz jeszcze w ogóle nie mogę spać przez te mdłości.

Zaczyna kaszleć nerwowo. – Przepraszam Panią ale to z pewnością pomyłka i nie interesują mnie pani przypadłości. Muszę wracać do pracy – próbuje wstać.

– Krzysiu – przytrzymuje lodowatą dłonią jego rękę, – Krzysiu, będziemy mieli dziecko.

– Ale ja mam już dziecko proszę Pani, z moją żoną.

– To nieważne, my jesteśmy sobie przeznaczeni, a nasze nieślubne kaczątko nas połączyło już na zawsze. Na wieki.

Wzdryga się. Nie znam tej kobiety, nie chodzę na imprezy, nie piję, nie biorę. Uwielbiam moją Ewę i małą Zuzię, nigdy bym im tego nie zrobił. Chociaż ta twarz nie jest taka zupełnie obca. Nie to chyba sen, koszmar jakiś. Jest piękna, uroda miss Islandii, jasne prawie białe włosy, delikatna jasna skóra, niemal przezroczysta, marzenie wielu facetów, głos anielski, hipnotyzujący. Jeszcze ta biała sukienka, dziwnie to wygląda zwłaszcza, że jest listopad.

Nagle na tej pięknej twarzy przemyka obraz pustych oczodołów. Wyszczerzone zęby w odsłoniętej szczęce pozbawionej ust powtarzają – Krzysiu, Krzysiu, to już na zawsze. – Gula w gardle, szum w uszach. Podnosi się, nachyla. Duszno, brak oddechu, dreszcze i niemożliwość poruszenia się.

– Krzysiek, Krzysiek, uderzenie w twarz. Krzysiek, co ci jest. Co ta baba Ci zrobiła.

– Proszę pana, proszę pana może trzeba wezwać karetkę. Siedział przy stoliku i gadał do siebie, dziwnie się zachowywał.

– Setkę niech lepiej strzeli. Panie kelnerze, Pan poda wódkę, na nasz koszt.

 

Bierze się garść, wraca do kuchni. Przypomniał sobie te kroki i nieustanne trzaskanie drzwiami wieczorami, i ten dreszcz chłodu, gdy szedł sprawdzić co jest. Był pewny, że to portier łazi i węszy. Ale tak to wtedy, gdy wreszcie udała mu się kaczka wydawało mu się, że zobaczył piękną jasną twarz w załamaniu muru. Bierze do ręki niebieski folder Willi Decjusza, nigdy wcześniej nie czytał tej historii. Decjusz, nic o żonie, tylko, że miał córki. Kto to może być? Marcelina Czartoryska, nie niepodobna, Kuczkowska Henrietta, Sanguszka jakaś, Lubomirska… E, żadna nie pasuje, to pewnie jakaś gruźliczka. Jezu, pamiętam co raz mówił szef, jak na górze był szpital to w piwnicach czyli tutaj była kostnica.

 

3 tygodnie później.

Biała Dama przychodzi na każdą wieczorną zmianę Krzyśka, opowiada o wiecznej miłości, przeznaczeniu, wspólnej pasji do gotowania i o dziecku. Krzysiek wygląda jak cień samego siebie, w domu jest jakiś nieobecny, tylko ciągle przytula Ewę i córeczkę.

Nie zażądał podwyżki, zwolnił się z Willi, schronił się w Restauracji Kossak w Jubilacie. Niestety od razu dostaje nocne zmiany, ale budynek z lat 60–tych, może się odczepi cholera jedna. Chociaż ostatnio doszły go słuchy o dawnej szatniarce, zmarłej kilkanaście lat temu, podobno nieźle tu rządziła za komuny, nawet dyrektor jej nie podskoczył, a i teraz jak ktoś jej się nie spodoba, też potrafi dać się we znaki.

 

 

 

 

 

 

 

Anna Marek
Romans i kryminał w jednym

Prolog

Całą noc mały spał niespokojnie, więc rankiem pani Leńczowa zabrała się do rozpalania w piecu. Dopiero co świtało, przez okna zaklejone papierem przedzierało się zimowe światło. Nie było tego widać ale wychodziły one na drogę, a dalej za nią rozciągał się zaniedbany park wokół willi Decjusza. Olbrzymie stare drzewa stały dostojnie w czapach śniegu. Piękne miejsce – westchnęła pani Leńczowa – myśląc jednocześnie z lękiem o budach granatowej policji na podjeździe willi. Był 31 grudnia 1944 roku.

Mały ledwie rozbudzony usiadł na łóżku naciągając koc aż po brodę.

 – Mamo miałem taki dziwny sen – powiedział. Pani Leńczowa prędko wytarła pobrudzone sadzą ręce i siadając na łóżku przytuliła do siebie małego Rysia. Ciii – kołysała go w ramionach.

 – Śniła mi się wielka Pani w białej w powłóczystej sukni, błąkała się po naszym parku, szukała kogoś ? Zobaczyła mnie stojącego przy oficynie i zawołała „Pamiętaj o Anieli” a potem rozpłynęła się we mgle.

 – Mój Boże ciężki czasy idą –westchnęła i przeżegnała się ukradkiem, pani Leńczowa – skoro niewinnemu dziecku objawiła się Matka Boska, ale skąd Aniela, kto to zacz.

Rok 1998 grudzień

Pan Ryszard mógł sobie pogratulować takiej pracy, blisko domu w miejscu, które znał od dziecka, a gotować zawsze lubił. Był doświadczonym kucharzem, a teraz kiedy można było kupić najbardziej luksusowe produkty mógłby gotować nie przymierzając jak Ćwierciakiewiczowa ale nie kuchnię francuską. – Tego tutaj jeszcze nie było – pomyślał z dezaprobatą. Cóż kiedy panie zarządzające Fundacją zbzikowały na punkcie nowej donatorki, która przyjechała z Francji, zresztą nie sama, bo z konserwatorem, architektem i murarzami, pomóc w odrestaurowaniu willi, i to na jej cześć planowano wytworną kolację sylwestrową.

Wczoraj był u nich na górze, żeby ostatecznie ustalić menu i widział tą dziwaczną postać snującą się po schodach, Natalie. Była jak mówiono o niej uduchowiona, a to znaczyło, że miała długie i kościste ciało, przepastne oczy i grzywę ciemnych włosów opadającą na ramiona. Ale też nos garbaty i duży dominujący w jej twarzy, tak, że nie mógł tego zmienić nawet jej uroczy smutny uśmiech.

Od paru tygodni w willi panował niezgorszy rozgardiasz. Młoda stażystka Magda biegała po schodach ledwie nadążając za fachowcami opukującymi mury, schody i kominek, bo tylko to pozostało ze starej siedziby po pożarze w 1882 roku kiedy to księżna Marcelina musiała się przenieść na czas remontu do pałacyku na ulicy Sławkowskiej. Dla Magdy to co robiła francuska ekipa wyglądało raczej na poszukiwanie skarbów ale nic nie mówiła, ze zdziwieniem kiwała tylko głową aż podskakiwał na plecach jej złocisty warkocz. Któregoś dnia zapędziła się do sali z portretem Księżnej i zastała tam stojącą przed nim w zamyśleniu Natalie. Promienie słoneczne oświetliły jej głowę a światło rzuciło karykaturalny cień na przeciwległą ścianę.

 – Chwileczkę, chwileczkę – Magda przełknęła nerwowo ślinę,

 – Ten profil, duży garbaty nos, wypukłe czoło nad nim i ciemny lok,

 – Ależ oczywiście – pomyślała chociaż te słowa nie przeszłyby jej przez gardło – toż to wykapany Fryderyk Szopen.

Od tego dnia Francuzi mieli spokój, już nie deptała im po piętach. Przesiadywała w bibliotece i studiowała chopiniana.

Między innymi oglądała rysunek Norwida upamiętniający koncert u księżnej Marceliny. Przy fortepianie zasiadał Tellefsen, ale był też obecny Szopen, to wszystko na rok przed jego śmiercią. Jak jej się wydawało ich głowy Pianisty i Księżnej były zwrócone ku sobie czule. Nagły wyjazd Szopena z uczennicą Jane Stirling do Anglii na tourne w 1848 r, czy to była ucieczka? Jego stan zdrowia przecież był tak zły, a klimat tamtejszy dla niego zabójczy. Czułe listy pisane stamtąd do Księżnej z zapytaniem o Marcelka i... ten wieloznaczny dwukropek. Natrafiła też na ślad wychowanicy Księżnej. Podobno była powinowatą, ale Aniela bo tak miała na imię, otoczona była przez Księżnę najczulszą opieką i miłością. To prawdopodobnie dla niej sporządziła album wycinków prasowych z paryskich gazet po śmierci Pianisty, opatrzony dedykacją „Dla A”. Ostatnie dwa lata po ucieczce z Nohant, Chopin mieszkał w Paryżu, dawał lekcje, odwiedzał, i był otoczony wielką serdecznością ze strony Księżnej i jej rodziny.

Magda była prawie pewna, ze Natalie jest pra pra prawnuczką Szopena i nieślubną córką Księżnej. Musiała jednak to swoje dywagacje odłożyć na bok, był Sylwester i najważniejsza była francuska kolacja pana Ryszarda. Pamiętała, że wcześniej przy okazji omawiania menu kucharz opowiedział jej śniony przed laty sen. Może skłoniła go do tego ta sama pora roku i aura.

Opowiadał o Białej Damie krążącej po parku i słowach przez nią wypowiedzianych, a teraz przypomnianych. Ta Wielka Pani nie miała wiele wspólnego z Matką Boską. Twarz ukryła pod kapturkiem, być może ocienionym łabędzim puchem, długi płaszcz otulał suknię z głębokim dekoltem i krynoliną. To wtedy padło imię Anieli, które Magda skojarzyła z wychowanicą Księżnej i dedykacją w albumie.

Tymczasem przygotowania na dole, w salach restauracyjnych nabierały rozmachu i już było wiadomo, że goście spełnią toast sylwestrowy na krużgankach, skąd będą podziwiać pokaz sztucznych ogni na gazonie, przed schodami.

To co zdarzyło się potem do dzisiaj wiruje w Magdy głowie i domaga się ułożenia według chronologii zdarzeń.

Natalie z swoją ekipą zjawiła się na kolacji punktualnie, witana przez członków Fundacji i zaproszonych gości z zewnątrz, ludzi kultury i sztuki.

Przed północą Francuzi zniknęli, było zresztą duże zamieszanie, szukano płaszczy, futer, przestawiano krzesła na krużgankach. Wtedy to do dźwięku muzyki dołączyło się jednostajne buczenie potężnej wiertarki. Punktualnie z biciem dzwonu Zygmunta i hukami pierwszych fajerwerków w całej willi zgasło światło, a okna w sali kominkowej rozbłysły płomieniami ognia. Na szczęście to był Sylwester i straż pożarna była już po chwili na miejscu. Zjawiła się również policja i to z nią odjechała ekipa Francuzów z Natalie na czele, nieco osmaleni ale cali. Było po wszystkim. Salę kominkową zamknięto i opieczętowano.

Dopiero po paru dniach już w nowym 1999 rok w uporządkowanych naprędce pomieszczeniach willi odbyło się zebranie pracowników i członków Fundacji. To wtedy pokazano im duży mosiężny przedmiot w kształcie walca wydobyty przez Natalie ze skrytki w obramowaniu kominka. To tuba w której zabezpieczone i ukryte były ostatnie utwory Szopena i list do jego małej córeczki Anieli, którą błogosławił i polecał Boskiej opiece. Teraz miały zabrzmieć w dworku w Żelazowej Woli, to tam planowano ten niezwykły koncert ostatnich utworów wielkiego Fryderyka.

Czy Natalie była jego pra pra prawnuczką tego pewnie dowiodą badania genetyczne.

Pan Ryszard już po wysłuchaniu tych wszystkich sensacji, pijąc w kuchni ostatnią tego wieczora herbatę zastanawiał się czy to sprawiedliwe, że tak niezwykły podarunek z przeszłości przeznaczony dla małej dziewczynki trafił w ręce muzykologów i urzędników ministerialnych ? Czy Księżna Marcelina byłaby z niego zadowolona – pewnie nie – westchnął? Pozamykał drzwi i jeszcze raz je sprawdził wychodząc, po drodze na zaśnieżonych alejkach parku z tkliwością myślał o maminych dłoniach tulącym małego chłopczyka.

Barbara Waksmańska
Krótka historia pewnego castingu o zabarwieniu erotycznym

Casting na białą damę w willi Decjusza! Czemu nie? Zwłaszcza że wiek nie gra roli. Zawoalowania i powiewności, czyli dress code obowiązujący na tym stanowisku idealnie radzi sobie z wszelkimi niedoskonałościami urody, ze zmarszczkami, zwisami, obwisami, wyeksponowaną tzw. cienkością w pasie czyli po prostu oponą, itp. Spacer zaś po krużgankach nie wiąże się z żadnymi uciążliwościami. Praca lekka, łatwa i przyjemna. Nawet nie można się zasapać, bo dama to uosobienie godności i powściągliwości. Tak, to coś dla mnie. Tylko niestety, to zapewne nie tylko moja konkluzja... Zwłaszcza, że bonusem mógłby być kucharz z tamtejszej restauracji, o którego kunszcie, nie tylko kulinarnym, a właściwie zwłaszcza niekulinarnym, wieść gminna niosła... O kunszcie owym, wręcz maestrii, miały okazję przekonać się liczne damy w różnym wieku; kucharz bowiem gustował w rocznikach zarówno młodszych, jak i starszych, poświęcając im swoją uwagę z równą atencją.

Atmosfera wokół białej damy była mocno zagęszczona, zwłaszcza, że poprzednia straciła stanowisko w atmosferze skandalu. Perfidnie bowiem postanowiła zawłaszczyć sobie mnogich talentów kucharza, któren był jak i ona atrakcją willi Decjusza, czyli niejako jej dobrem. Nie ze mną takie numery, rzekł kucharz na wieść o swoim bliskim już ojcostwie. Pożałujesz, odparła zawiedziona. Straciła atrakcyjną prace i atrakcyjnego faceta. No cóż... Nic nie trwa wiecznie, niestety...

Casting na białą damę mocno się już rozkręcił, emocje uczestniczek sięgały zenitu, gdy gruchnęła dramatyczna wieść...

Kucharz popełnił spektakularne samobójstwo! Ugotował się w rosole, a nawet posypał zieloną pietruszką. W –11 wkroczyło do akcji.

Anna Okrzesik
Burza

Osoby: Kucharz, Biała dama, nieślubne dziecko

Miejsce akcji: Willa Decjusza

 

            Kolejny raz ziemia zatrzęsła się po uderzeniu pioruna. Ołowiane chmury przewalały się przez rozdzierane błyskawicami niebo, a krople deszczu głośno waliły o dach i parapety Willi. Drzewa targane wichurą jęczały uginając się pod naporem gwałtownych podmuchów.

W całej Willi nie było osoby, która by spała w tą upiorną noc. Atmosfera grozy, trzaski łamiących się konarów i łomot niedomkniętych okiennic doprowadzały wszystkich do obłędu.

 – Tak chyba będzie wyglądał koniec świata, prawda Edwardzie? – spytała łamiącym się z przerażenia głosem Sara.

Stała przy oknie odwrócona tyłem do męża i tylko lekkie drżenie jej drobnych ramion zdradzało jak bardzo jest poruszona.

Były to pierwsze słowa, jakie skierowała do niego po trzech miesiącach milczenia, wiec Edward początkowo zatopiony w lekturze, wytrącony tym nagłym pytaniem odłożył gazetę i spojrzał na żonę.

 – Dla mnie mógłby on się skończyć już dzisiaj – odpowiedział po chwili. – Wszystko mi jedno.

 – Tak bardzo ją kochasz? – spytała wciąż odwrócona tyłem Sara. – To przecież absurd, jakiś obłęd, amok! Powiedz, że to nieprawda, że mi się uroiło, albo że to tylko zły sen. Edwardzie, na litość boską! Czy ty w ogóle pomyślałeś o nas? O mnie? Jak ja teraz po tym wszystkim będę żyła? – Sara dłużej nie mogąc powstrzymać napięcia, wybuchnęła nieopanowanym płaczem.

 – To straszne, co zrobiłeś! Czy ty tego naprawdę nie rozumiesz? Ja i ona jesteśmy z dwóch różnych i to bardzo dalekich światów!

 – Histeryzujesz, moja droga – Edward świadomie przybrał ton lekko protekcjonalny. – Czasy się zmieniają, my się zmieniamy… A ona cóż, jest piękną kobietą.... Takie rzeczy się czasami zdarzają…

Wichura za oknami szalała w najlepsze i nic nie wskazywało na to, że wkrótce ustanie. Deszcz lał się strumieniami i jak dwa strumienie, lały się łzy po policzkach Sary.

Edward miał już serdecznie dość jednego i drugiego.

 – Przestańże w końcu szlochać kobieto! Nic wielkiego się przecież nie stało. Wkrótce urodzi się dziecko i będą je kochać jak swoje. Ptasiego mleka mu nie zabraknie!

 – A my? Co z nami? – rozpaczała załamując ręce Sara. – Jak my teraz

będziemy żyli? Czy w ogóle tu zostaniemy? A co, jeśli dziecko urodzi się czarne? Wszyscy się wtedy domyślą! To będzie straszna hańba dla rodziny!

 A poza tym, pomyślałeś o tym, gdzie my się wtedy podziejemy? Kto przyjmie do pracy czarnego kucharza z taką przeszłością?!

Nienawidzę cię! Jak mogłeś nam to zrobić?! W czym ona jest lepsza ode mnie? No w czym?!

Kolejnego wybuchu niepohamowanego płaczu nie zagłuszyły nawet odgłosy burzy za oknem pokoiku na poddaszu.

 – Odpowiem ci Saro, chyba jestem ci to winien. – Pytasz w czym jest lepsza? – Edward popatrzył na żonę z wyrazem smutku i skruchy – Cóż, nasza pani jest po prostu damą. Na dodatek białą damą.

Trzask wymierzonego kucharzowi policzka spotęgował tylko huk kolejnego pioruna.

Jolanta Mirecka
Romans

Rozdział pierwszy. Przed.

Jego dłonie – delikatne, drżące, biorące,

jego usta – gorące, namiętne, szukające,

jego głos – szepczący, proszący, obiecujący,

jego oczy – błyszczące, lśniące, pragnące,

jego lędźwie – twarde, napięte, pożądające.

 

Jej serce – ufne, niewinne, kochające,

jej oczy – zmrużone, zamglone, rozmarzone,

jej włosy – rozwiane, pachnące, nęcące,

jej usta – namiętne, czerwone, rozchylone,

jej piersi – nabrzmiałe, falujące, kuszące,

jej łono –czekające, wilgotne, rozpalone.

 

Rozdział drugi. W trakcie.

Jej ciało – jego ciało, jej brzuch – jego ręce, jej piersi – jego usta, jego uda – jej łono. Splątani, stopieni, złączeni, spoceni, szczęśliwi. Spełnieni.

 

Rozdział trzeci. Po.

Ona – zhańbiona, nieszczęśliwa, brzemienna.

On – okrutny, nieczuły, wyniosły.

Ona – wyklęta, zaszczuta, rodząca.

On – zepsuty, pogardliwy, obojętny.

Ona – zimna, cicha, nieżywa.

On – hrabia.

 

Rozdział czwarty. Konsekwencje.

Niechciane, porzucone, samotne, osierocone, nieszczęśliwe – nieślubne dziecko – sierota.

 

Rozdział piąty. Codzienność.

W kącie kuchni, w brudnych łachmanach siedział wrzeszczący bachor. Wołali na niego Stasiek. Nikt go nie chciał, nikt nie wiedział kim jest, nikt nie pamiętał, kto przyniósł go do kuchni. Mały szybko zadomowił się i głośnymi krzykami terroryzował wszystkich dookoła. Powiadają, że jego matką była sprowadzona na złą drogę dziewka kuchenna. Kiedy okazało się, że jest brzemienna, bezlitośnie wygnano ją z willi. Podobno mieszkała w parku w norze pod drzewem, gdzie urodziła nieślubne dziecko i oszalała z rozpaczy. Podobno, zaraz po porodzie, zakradła się nocą do willi i powiesiła w holu. Rano znalazł ją kucharz, ale sprawę szybko zatuszowano. Od tej pory każdej nocy snuję się po pokojach Białą Damę, szepcząca złowieszczo: Synu! Pomścij swoja matkę! Synu! Pomścij mnie! Synu! Ale kto tam wie, czy znajda Stasiek to jej syn? Na wszelki wypadek, nikt nie śmie zrobić mu krzywdy i litościwie dają mu resztki ze stołu. Kto ma interes zadzierać z duchami? Ślubny? Nieślubny? W kuchni każda para rąk się przyda. A zresztą, dziecko to dziecko.

 

Rozdział piąty. Po latach.

Kucharz Stanisław miesza zupę. Jakoś nie potrafi się dzisiaj skupić. Jego myśli ciągle powracają do nawiedzającego go każdej nocy snu. W tym śnie widzi ogromne łoże, a w nim wijące się, splątane w ekstazie nagie ciał. Słyszy obietnice szeptane ochrypłym męskim głosem. Głosem hrabiego. Moja. Na zawsze. Po grób. Ożenię się z tobą. Moja, moja.

I jej jęki, jej rozkosz, jej wiara. Jeszcze, jeszcze, kochany, mój kochany! I spazmatyczny krótki oddechy, i wygięcie ciał...

A potem… a potem jej szalony bieg przez ciemny park i jego śmiech – drwiący, okrutny, bezlitosny.

Sen kończy się szeptem przejmującym, straszliwym: Synu! Pomścij mnie! Synu!

Czemu ten koszmar prześladuje go od dziecka? Czemu nie może śnic własnych, cudownych snów?

Stanisław nalewa zupę do talerza. Hrabia ma wzdęcia i żąda, aby każda jego potrawa posypana była mielonym kminkiem. Zatopiony w ponurych rozmyślaniach kucharz, po omacku sięga na półkę i obficie doprawia zupę kminkiem. Potem niesie posiłek do jadalni.

Po zjedzonym obiedzie Hrabia padł jak mucha. Jego nagła i niespodziewana śmierć zaskoczyła wszystkich. W czasie pogrzebu, najmłodszy pomocnik kuchenny Benio, nieślubny syn pomywaczki, zacierał ręce z zadowolenia. Udał mu się psikus. W ramach eksperymentu wymieszał kminek z suszonym muchomorem sromotnikowym. Kucharz Stanisław nic nie zauważył. Ale było zamieszanie! To była zabawa.

Rozdział szósty. Zakończenie.

Od tragicznej śmierci hrabiego, Biała Dama nie łazikuje po willi. Kucharz Stanisław śpi spokojnie i śni erotyczne, wyuzdane sny o własnych, a nie cudzych kochankach. Nieślubny syn pomywaczki Benio, terminuje u krakowskie aptekarza, a w Willi Decjusza, pomimo iż hrabiostwo bardzo często cierpi na wzdęcia, zakazano używać kminku.

Jolanta Mirecka
Nieślubne dziecko

Noc była ciemna, bezgwiezdna, bezksiężycowa. W taką noc nie wyją wilki. W taką noc drżące ze strachu upiory i wampiry naciągają na siebie wieka trumien i udając całkowicie martwych pilnują aby macki ciemności nie miały do nich dostępu.

W Willi Decjusza już dawno pogasły wszystkie światła, a ślepe okna niczym oczodoły zombi wgapiały się w zamarły ze zgrozy park.

W chwili, kiedy zegar w holu wybijał północ, mężczyzna cicho i zwinnie pokonał prowadzące na piętro drewniane schody. Miał szczęście. Nikt go nie zauważył.

Uchyli drzwi do łazienki – nikogo. Wszedł. Przekręcił klucz i dopiero wtedy zapalił światło. Napuścił wody do śnieżnobiałej umywalki. Długo i dokładnie mył ręce. Krwawa czerwień wymieszana z mydłem tworzyła na wodzie różową, podobną do truskawkowego musu pianę.

Szczoteczką wydłubywał makabrycznie wyglądające resztki spod paznokci. Jeszcze trochę wysiłku, i wszelkie ślady spłyną do kanalizacji.

Z pozoru łatwe zadanie wykończenia nieślubnego dziecka sprawiło mu wiele kłopotów. Ale wreszcie miał to za sobą. Teraz należy mu się nagroda. Uśmiechał się lubieżnie. W sypialni czeka na niego Biała Dama.

Pragnął jej każdym nerwem, całym sercem, każda komórką swojego ciała.

Rozejrzał się. Żadnych kompromitujących dowodów. Niczym duch przemknął do sypialni i z ulgą zatrzasnął drzwi.

Po chwili z pokoju zaczęły dobiegać dziwne odgłosy. Sapanie? Cmokanie? Westchnienia? Pożądanie? Skrzypienie łóżka? Coś – jakby – rozkosz? Cierpienie? Ekstaza?

I nagle krzyk przeciągły i stek przekleństw – do diabła! Cholera! Ty dziwko! Skończyłem z tobą! Już cię nie potrzebuję! Ty gnido przeklęta! Precz!!!

A potem wrzask przejmujący, brzęk tłuczonego szkła … i nastała cisza straszliwa. Cisza złowroga. Cisza przerywana jedynie głośnym chrapaniem.

 

Świt wstawał niemrawy i mglisty. Dzień zapowiadał się durnie i chmurnie. Willa Decjusza powoli budziła się do życia.

Mężczyzna otworzył oczy. Miał na sobie koszule z zaschniętymi, czerwonymi plamami.

W kącie sypialni, pośród odłamków potłuczonego lustra leżała Biała Dama. Wyglądała tak spokojnie, tak niewinnie. A przecież właśnie przez nią popadł w to całe szaleństwo. To ona wyzwalała w nim wszystkie dobre, wzniosłe jak również okrutne i podłe uczucia.

Podniósł ją i delikatnie położył na skołtunionym łóżku.

Włożył dres, pośpiesznie zbiegł ze schodów i zniknął w spowitym mgłą parku.

 

Na podjeździe zazgrzytał żwir. Przed główne wejście zajechało kilka czarnych, nieoznakowanych samochodów. Wysiedli z nich nijacy faceci i ze zblazowanymi minami weszli do środka. Usiedli w holu. Czekali.

 

Tymczasem tylnym wejściem do kuchni wślizgnął się mężczyzna w dresie. Szybko założył bieluchne ubranie, zamotał w pasie zieloną szmatę i otworzył drzwi ogromnej lodówki. Wyjął miedziany rondel, w którym chlupotało coś średnio gęstego i aksamitnego. Coś w konsystencji i w kolorze krwi. Postawił na ogniu i powoli podgrzewał. Doprawiał najlepszym koniakiem, bakaliami, imbirem i szafranem. Posypał jakimś bliżej nieokreślonym, białym proszkiem. Po kuchni rozszedł się ulotny zapach gorzkich migdałów. Nalał do kryształowych kokilek.

Adaś! Podawaj – zawołał do kelnera. Założył kucharską czapkę i stanął przy drzwiach.

Sie robi szefie! Odpowiedział Adaś i pomknął z tacą.

Niezwykle profesjonalnie zaserwował danie nijakim facetom w holu.

Jedli w milczeniu. Smakowali, cmokali, siorbali, wąchali, kręcili głowami, a kiedy skończyli bez słowa pozamykali oczy i trwali w bezruchu.

Zawołaj kucharza – wychrypiał jeden z nich

Mężczyzna w kucharskiej czapce nieśmiało stanął przed stolikami.

Nagle zblazowani faceci zerwali się z krzeseł. Mistrzu! To było świetne. Małmazja, eliksir, cudo – przekrzykiwali się nawzajem. I ten kolor! Ten zapach! Ta konsystencja! Jak to zrobiłeś? Co dodałeś? Jak nazwałeś?

To, to mój autorski przepis. Podobnie gotowała moja babcia – nieślubna córka księcia D.

Na jej cześć nazwałem to danie „Nieślubne dziecko”. Połączyłem smak buraków, malin i granatów. Cieszę się że wam smakowało, panowie – powiedział skromnie.

Mistrzu, smakowało? Co znaczy smakowało? Jesteśmy oczarowani!

My, to znaczy „Najważniejsza Komisja Odkrywców Nowych Smaków” przyznajemy ci tytuł „Kucharza Roku”, zaś „Nieślubne Dziecko” będzie serwowane na najważniejszych przyjęciach w całej Unii, a Willa Decjusza wygrywa główną nagrodę „Za całokształt” w wysokości miliona euro.

Co powiedziawszy, wsiedli do samochodów i odjechali.

Mężczyzna pośpiesznie pobiegł do sypialni. Na łóżku, w rozgrzebanej pościeli leżała Biała Dama. Delikatnie wziął ja w ramiona, tulił do piersi i całował jej zimne krągłości. Potem odstawił na półkę.

Wykonana z hartowanego szkła, poobijana, zmasakrowana butelka zachybotała się niebezpiecznie. Promień słońca zatańczył w złocistym płynie uwięzionym w środku. Na poobdzieranej etykiecie ledwie można było odczytać zacierające się litery: Koniak – Biała Dama. Pancerne wydanie limitowane.

No widzisz maleńka – kucharz przemawiał do niej jak do kochanki – to już trzy lata jak patrzę tak na ciebie i choć czasami dobrze dajesz mi popalić, jeszcze cię nie odkręciłem, nie wypiłem. A Bóg mi świadkiem, że wielokrotnie targały mną żądze mordu i pragnienia. Trzy lata abstynencji. Trzy lata z tobą w jednym pokoju. To jak wyrok. Jak dożywocie. Ale wytrzymałem i nie jesteś mi już potrzebna. Teraz mam swoje „Nieślubne dziecko” i na nim się będę wyżywał.

Zerwał się z łóżka. Chwycił butelkę za szyjkę, ucałował po raz ostatni i wyrzucił przez okno.

Ratunku! Zabił mnie! Morderca! – rozległ się przeraźliwy krzyki spod okna – ale to już temat na zupełnie inną historia.

Elżbieta Boroń
Biała dama na zamku w Korzkwi

Około 12 km. na północny zachód od Krakowa, przy drodze z Krakowa do Skały i Ojcowa, u wrót polskiej prawie Szwajcarii, skalistej doliny Prądnika, we wsi Korzkiew, znajduje się zameczek albo dwór obronny szlachecki z XVI w. Gdy byłam tam ok. 40 lat temu, zwiedzać można było niemalże tylko resztki upadłej budowli; wszystko zrujnowane i zarośnięte. A teraz, w piękny październikowy, jesienny dzień, przez przypadek, znalazłam się w tych okolicach. I… pełne zdumienie: stoi odrestaurowany, zadbany zameczek o którym, już przed laty, słyszałam, że potomkowie arystokracji (Donimirski z żoną, Tarnowską z domu) postanowili ten zameczek odbudować. Jest wspaniale odtworzony, wnętrza wiernie odrestaurowane a w nich luksusowy hotel.

Przy okazji wizyty dowiedziałam się, że ów zameczek kryje mroczną tajemnicę. Niektórzy klienci hotelu i okoliczni mieszkańcy opowiadają o snującej się nocami po salach rycerskich i biesiadnych Białej Damie. Ale prawda była nieco inna.

Otóż 300 lat temu pod zameczek zajechali dwaj podróżni (Kacper i Baltazar) szukający schronienia. Gospodarzem był stary hrabia Henryk, który odziedziczył niedawno zameczek. Oznajmił on gościom, że w podziemnym lochu coś straszy, słychać jakieś ludzkie głosy i nikt tam nie chce zaglądać. Na to Kacper rzekł: – Panie hrabio ja się żadnych strachów nie boję, szybko dam sobie z nimi radę. – Ha – skoro sobie tego życzysz to możesz w każdej chwili pójść i zapoznać się ze strachami tego zamku, zaraz dam ci klucze do piwnic i podziemnych kryjówek – oświadczył hrabia Henryk.

Kacper wraz z Baltazarem szybko wyruszyli do podziemi idąc śmiało po schodach. Naraz dał się słyszeć jakiś ludzki głos. Baltazar przestraszył się i uciekł ale Kacper śmiało kroczył w stronę skąd dochodziły głosy, gdy nagle usłyszał żałosne westchnienie: – O Boże, ratuj mnie! Szybko pobiegł w tę stronę i jego oczom przedstawił się przerażający widok. Kacper ujrzał przed sobą wmurowaną kobietę. Cera jej była bladożółta i bardziej do trupa podobna niż do żywej istoty. Na szczęście wrócił Baltazar, pomógł mu rozebrać mur i oswobodzić ledwie żywą niewiastę.

Gdy oprzytomniała, opowiedziała im, że jest żoną zmarłego hrabiego który, ponieważ nie mogli mieć potomstwa, kazał ją zamurować w piwnicy a kucharzowi, pod groźbą śmierci, nakazał zawsze o północy przynosić jej jedzenie. Nie wiedział jednak hrabia, że kucharz zakochał się w jego żonie i ona urodziła mu synka. A hrabia ożenił się po raz drugi i niestety też nie mógł mieć dzieci; pewnie bardzo żałował, że nikt wtedy nie wymyślił in vitro, ale szybko zmarł, zostawiając młodą wdowę. Niestety musiała ona opuścić zameczek bo odziedziczył go stary hrabia Henryk.

Gdy owa wdowa dowiedziała się o zamurowaniu swej poprzedniczki – przybyła do zameczku i ze współczuciem przywitała pierwszą żonę swego, nieżyjącego już, małżonka. Postanowiła zająć się jej losem i wkrótce obie wdowy zostały serdecznymi przyjaciółkami.

Okazało się, że kucharz też zmarł, ale oddał synka na wychowanie pewnej chłopskiej rodzinie. Obie wdowy odnalazły dużego już chłopca i jemu też się spodobało, że mógł zamieszkać w zameczku i do tego mieć aż dwie matki – o tym samym nazwisku – a więc dziedziczenie murowane.

Ale w legendzie, zamurowana ale żywa dama, już pozostała jako biała dama snująca się nocami po zameczku.

Marek Walawender
Jajecznica na boczku w Willi Decjusza

Plasterki boczku skwierczą radośnie na patelni. Ludwik przysmaża je w swoim kuchennym królestwie w podziemiach Willi Decjusza. Nuci cicho pod nosem:

– Oj dana dana, nie ma szatana a świat realny jest poznawalny oj da… Aaaaa…, oooo… oj, oj, ou! Biała! Przestraszyłaś mnie śmiertelnie.

– Ha, ha, ha… ach, te twoje śmieszne ludzkie lęki Ludwiku.

– Jesteś wstrętna.

– A ty jesteś prostakiem i chamem – zawsze byłeś. Jestem kobietą, twoją panią… byłą… duchem… no, ale co to zmienia w naszych stosunkach wzajemnych. Ja tu rządziłam za życia i dalej zamierzam, porządzić.

Biała Dama usiadła na kuchennej blasze i zarzuciła nogę na nogę.

– Przysmażysz się Biała.

– Jestem niematerialna, Ludwiku. Ducha nie ugotujesz – tak jak Ferdynanda… ha, ha, ha…

– Ależ Biała...

– No, uspokój się Ludwiku. To ty zrobiłeś pieczeń z dzika w sosie z sromotnika. I ja to zjadłam! Wiem, Maurycy mój mężulek ci kazał, jest twoim panem – nie miałeś wyjścia. On odziedziczył Willę po mnie i teraz wydaje mu się, że jest panem świata. Ale damy mu popalić. Ferdynanda, drogiego teścia już mamy z głowy. Och, jak ty go zarzynałeś. Nożem do patroszenia ryb, rozprułeś go z góry na dół a on dalej miotał się po całej kuchni. Darł się jak opętany i krwią wszystko zbryzgał. Och, jakie to było widowisko.

– Biała przestań, sadystko.

– Zemsta jest rozkoszą bogów – i duchów, Ludwiku! Tu, po drugiej stronie jest nudno. Kompletnie nic się nie dzieje. Wieczność i bezruch. Żadnej akcji, żadnych przyjemności. Wszystkie atrakcje są po waszej stronie. Chodzi o to, żeby u was działo się jak najwięcej. Całą przyjemność mamy z dziadostwa, matactwa, zbrodni i okrucieństwa, które dzieje się tu, u was.

Ludwik machnął patelnią i cienkie płatki boczku zafurkotały przez chwilę w powietrzu jak motyle albo ćmy, opadły miękko na patelnię i dalej skwierczały ochoczo. Biała Dama siedząc na rozżarzonej blasze, tylko zmieniła nogi.

– Wygotowałeś później zwłoki Ferdynanda w baniaku do gotowania pościeli tak, że całkiem wyparował. Kosteczki tylko zostały i Demon miał co obgryzać przez cały tydzień… ha, ha, ha…

– Błagam cię Biała, przestań już ciągnąć te opowieści, powiedz raczej z czym dzisiaj do mnie przychodzisz.

– Niepotrzebnie się niepokoisz, będziesz miał rozkoszne zadanie.

– Tak???

– Przelecisz Genowefę.

– No co ty, tą guwernantkę. To kostyczna, oschła pedantka, zimna jak góra lodowa.

– Ludwiku, kompletnie nie znasz się na kobietach. To tylko wierzchołek góry lodowej, pod spodem jest kobieta dzika, gorąca i namiętna. Dotkniesz ją tylko odpowiednio i wybuchnie, to wulkan – Etna. Sama cię przeleci.

– Biała kpisz sobie ze mnie.

– Ludwiku, jutro Genowefa przychodzi na lekcje z Konstantym – moim słodkim dzidziusiem. Ale Kosteczka nie będzie. Maurycy zabiera go i wyjeżdżają razem z wizytą do Dworu Czeczów. Maurycy posłał gońca do Genowefy, żeby nie przychodziła ale goniec nie dotarł – z moją pomocą. Ty dajesz wolne całej służbie. Willa będzie pusta. Tylko ty z Genowefą. Przygotujesz wcześniej romantyczną kolację. Nakarmisz ją. Napijecie się likierku. A później, ach… och… No co ci będę opowiadać. Będziesz miał zupełnie niespodziewaną przyjemność. Ona tylko czeka, żeby ją taki prostak jak ty wyłomotał dziko.

– Biała…

– Aa! jeszcze jedno – masz jej zrobić dziecko. Jutro jest ten dzień. Zapłodnisz ją Ludwiku. To moje polecenie.

– Po co mi dzieciak, Biała?

– Tobie po nic. Dzieciak jest potrzebny mnie. Ten dzieciak, to zemsta.

– Tak…?

– Maurycy się rozhulał. Postanowił ożenić się z Genowefą. Nawet jej o tym jeszcze nie powiedział, ale za tydzień przygotowuje zaręczyny a za miesiąc ślub. Będzie ją miał z twoim dzieckiem, ha, ha, ha…

Ludwik wbił pięć jaj na patelnię. Biała Dama wskazującym palcem prawej ręki próbowała nabrać jajecznicy, żeby ją skosztować ale bez powodzenia. Palec ducha nie jest w stanie zagarniać materii, ani jej kosztować.

– Będę cię oglądać Ludwiku z koleżankami.

– Co...?

– Będziemy oglądać twoje figle z Genowefą.

– Biała…

– Szykuję się na podniecające widowisko, Ludwiku. Spisz się dobrze, nie możesz mnie zawieść. Trzymam za ciebie kciuki, powodzenia.

– Nie znałem cię, moja pani.

– Jeszcze coś mam ci do powiedzenia. Wiele lat temu, Ferdynand uwiódł praczkę Zytę i zrobił jej dziecko. Jesteś przyrodnim bratem Maurycego, Ludwiku. Jesteś bękartem, nieślubnym synem Ferdynanda, którego rozpłatałeś nożem od szyi aż po… jajecznica ci się przypala, Ludwiku. Uważaj.

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
2 + 10 =
W celu utrudnienia rozsyłania spamu przez automaty, proszę rozwiązać proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 2+1 daje 3.