Jadwiga Goraj. Wiersze
I oto królowanie
Mogę być każda!
I lat mieć mogę ile zechcę.
Znowu z litości – złości
Odrywam głowę cherlawej lalce
I przed ślamazarnym płaczem siostry
Umykam.
Na gałęzi – znowu –
Nasycona wiśniami aż do oskomy
Gorzkie krople żywicy zjadam
Na osłodę.
Z warkoczykiem sterczącym – jak kiedyś –
Do szkoły biegnę na promieniu słońca
W poszumie alejki lipowej.
Przez opary młodości – jak niegdyś –
Przedzieram się na oślep
Sińce i guzy zbierając.
Los ciężki – jak plecak pod górę
Przez chwilę dźwigam –
Jak przez długie lata.
Teraz i zawsze –
Nad Stawem Zielonym pochylona
Widzę jak srebro włosów
Zmienia się w złotą koronę.
Żywiczne krople słów
Z samego wnętrza chwili
W bursztynie wiersza zaklęty motyl – wzruszenie
To jesienny mgłą przydymiony pejzaż
Burza zrudziałych włosów drzew
Rozwiewanych na wszystkie strony świata.
Słodycz ostatnich chłodem skarbowanych śliwek,
Gorzka mądrość chryzantem spieszących się
By zakwitnąć przed zimą.
W czterech odrapanych ścianach
Zawieszonych oknami w mgle i szarości jesieni
Nad ławkami w uczniowskie groteski
Nad głowami skłębionymi chaosem
Lub zjeżonymi buntem
Rozbłysnął świat mityczny Schulza
I stał się Sierpień.
W ogrodzie kart zrywaliśmy
Czarne od dojrzałości wiśnie
I morele o złotym miąższu
Z rdzeniem słonecznych
Długich popołudni
A tuż przed przerwą się pojawił
Samarytanin z chorym na osiołku
I wszyscy biegliśmy na pomoc.

























