Zapach, który pamiętam
Zapach, który zawsze przypomina mi pierwszą podróż do Francji - lawenda, jednak nie budzi moich skojarzeń z fioletowymi polami, ale malowniczą restauracją przy drodze do Lyonu. Za zapachem lawendy idą kolejne, tymianku i bazylii, i obrazy wypielęgnowanego miasteczka, tak kontrastowego z tym co zostawiłam w Polsce. Cisza, spokój, nieznana mi atmosfera poczucia bezpieczeństwa i sytości.
Zapach, który do dziś pamiętam - to zapach chleba, pieczonego przez moją babcię, w prawdziwym, chlebowym piecu.
Zafascynowana, przyglądałam się temu „rytuałowi”, przycupnięta na progu izby.
- Już o świcie pojawiała się ogromna, pękata „dzieża”, w niej powstawał - najpierw zaczyn, potem - ciasto...; - odstawiano je na bok, żeby „podrosło”…
A kiedy już było gotowe, - zaczynało się jego obrabianie, formowanie w krągłe bochny, które następnie „wjeżdżały” na długiej łopacie - wprost do „rozbuchanego” ciepłem pieca…
Po długim oczekiwaniu, w powietrzu unosił się już cudowny zapach świeżego pieczywa, wypełniając „smakowitą” wonią każdy kącik małej izdebki.
- Chlebuś gotowy!
Babcia wydobywała rumiane bochenki z pieca i ostrożnie kładła je, jeden obok drugiego na lnianej serwecie; - żeby ostygły.
Wreszcie, - trzymając bochen, „przytulała” go jakby do serca, i opierając na brzuchu, - najpierw, - nabożnie kreśliła na nim nożem znak krzyża, a przeżegnawszy, dopiero zaczęła odkrawać kromki i układać je na stole…
- A jak ten chlebuś smakował!
Piętka, /- zawsze dla mnie!/, - chrupka, smakowita, ozdobiona łyżką „pulchnego” masła /ucieranego w „maślnicy”/, - do dziś wzbudza we mnie tęsknotę za czymś, czego już nie ma.., - za minionym dzieciństwem…
Zapach, który mi towarzyszy, przywołuje wspomnienia słońca, lata, lazuru morza… to lawenda, ta dziko rosnąca i ta na polach - w Chorwacji. Podążam za jej wonią zmieszaną z krzewami pomarańczy, tamaryszku, by odnaleźć świat, który mnie oczarował, by wsłuchać się w szum morza i melodie dalmatyńskich pieśni. Chciałabym tam wrócić.
Jest ich wiele – niektóre z nich poznałam w dzieciństwie i pewnie te najmocniej pamiętam.
To zapach niedzielnego rosołu, który dochodził na mrugającym ogniu i w miarę upływu czasu rozpełzał się po mieszkaniu dając jakieś poczucie bezpieczeństwa i ciepła.
To zapach bzu w ogrodzie mojej babci i zapach chleba, który piekła i który smakował jak żaden potem.
A wiele lat później zapach niemowlęctwa mojego dziecka, kiedy je przytulałam.

























