Na Olimp. To nie przypadek

Dwa tysiące osiemset siedemdziesiąt metrów nad poziomem morza Egejskiego nie rosła już żadna roślina. Mikołaj nie zobaczył już ani jednego krzaka kosodrzewiny, ani jednego źdźbła trawy. Przed

nim były tylko głazy i kamienie. Pół godziny wcześniej wspiął  się stromym szlakiem ponad górną granicę lasu. Teraz mozolił się w terenie skalistym. Oblany potem, mokry jak niewyciśnięta gąbka miał do szczytu Olimpu mniej niż czterdzieści minut.

Rozejrzał się wokół. Zobaczył zszarzałe niebo. Ze wschodu nadciągały granatowe kłęby złowrogich chmur. Nagle ciemne chmury przykryły całe Góry Tesalskie. Ściemniało.

Po raz pierwszy w życiu zaskoczyła go tak szybka zmiana pogody. Wzdrygnął się.

- Zostałem wydany na pastwę piorunom. Jeszcze minuta, a znajdę się w środku świetlistych łańcuchów spadających z groźnego nieba, które zapalą pode mną kamienie.

Mokrą twarz ze zmęczenia i przerażenia wytarł rękawem flanelowej koszuli. Ucałował krzyżyk, który miał na piersi. Przeżegnał się. Przystanął. Zamknął oczy.

Zaczęło się. Poczuł na sobie  prysznic. Za moment stał w strugach wodospadu.

- Liczę do dwudziestu – postanowił, aby przetrwać trudny moment burzy.

Wypowiadał szesnaście, gdy skończyła się kąpiel. Otworzył oczy. Robiło się jaśniej, jaśniej i coraz jaśniej. Ściągnął z siebie koszulę i wycisnął z niej wodę. To samo zrobił ze spodniami. Kamienie i skały spłukane wodą połyskiwały już w promieniach słońca. Spojrzał przed siebie. Słońce było niżej niego, jakby zachodziło. Obrócił się w prawo i na lewo. Nie dowierzał temu co ujrzał. Zobaczył kołową tęczę, która zatoczyła wokół niego wielobarwny okrąg.

- Ale ze mnie szczęściarz. Niczym wybraniec i bóg Olimpu. To nie przypadek. To coś znaczy - myślał uradowany.

W ciągu kilku minut przeżyłem piekło i niebo, umieranie i narodzenie. Dzień i noc.

Zobaczyłem wszystkie kolory świata, od czerni do złota; każdą spektralną barwę.

Suchość skał i obmywające wodospady.

- To nie przypadek – snuł rozmyślania . Słyszałem złowrogą ciszę, kanonadę piorunów i pluskające strumienie wody przeciskającej się między kamieniami.

  Na najwyższą górę Grecji wchodził pod czystym niebem w scenerii nisko położonego słońca, a jego ciało przenikało pachnące, świeżutkie powietrze, które nasycało jego duszę ozonem szczęścia,

Niczym bóg Olimpu otoczony kręgami spektralnych barw tęczy zdobył szczyt Mitikas – siedzibę greckich bogów.

- To  nie przypadek – szeptał. Trzy dni wędrówki z  Litochoro na wysokość dwa tysiące dziewięćset osiemnaście metrów pokonałem, ale to ostatnie podejście to nie przypadek.